Slider

Jeden z mieleckich radnych, którego darzę niekrywaną medialnie sympatią, stwierdził niedawno – po uchwaleniu przez Sejm jednej z ustaw reformujących, czy też zmieniających polski wymiar sprawiedliwości – że dziękuje Bogu za wreszcie odzyskaną wolność.

Przez moment zmartwiłem się, czy zdążył już w międzyczasie zakończyć II wojnę światową, bo w powszechnym odczuciu części prawicowych działaczy 9 maja 1945 roku wcale nie odzyskaliśmy wolności, tylko popadliśmy w kolejną niewolę. A skoro tak, to pewnie nadal tkwiliśmy w stanie wojny z sowietami. No bo przecież Hitler kaput.

Jak niebezpiecznym jest zaprzęganie Pana Boga do bieżącej polityki, jak konia do kieratu, przekonaliśmy się niesłychanie szybko. Bo oto nadzieja wolnych Polaków, pan Prezydent Duda, zawetował dwie z trzech ustaw, wprawiając tym faktem w niesłychany stupor znakomitą większość świętujących zwycięstwo radykalnych prawicowców, w tym, jak mniemam, mojego radnego, którego działalność darzę wielką uwagą i bardzo lubię wysłuchiwać i analizować jego wypowiedzi.

Na dodatek, jakby tego było mało, polski przedstawiciel Pana Boga na naszej ziemi, czyli arcybiskup Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu, złożył za te veta Panu Prezydentowi wielkie podziękowania. Dziękował „za postawę zajętą w sprawie ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa(…)stwierdzając jednocześnie, że „Autentyczna demokracja możliwa jest tylko w państwie prawnym i w oparciu o poprawną koncepcję osoby ludzkiej”.

I nie trzeba być za bardzo podejrzliwym, żeby pomyśleć, że już wcześniej obie te ziemskie instytucje były w stałym kontakcie, wspólnie wypracowując formułę rozwiązania najbardziej bezpiecznego dla Polski, dla jej spokoju, dla pogodzenia dwóch zwaśnionych plemion, w tym najbardziej niebezpiecznym konflikcie ostatnich dwu, a może więcej, lat.

Dla mnie jest oczywistym, że Kościół nie angażując się w bieżące spory i pyskówki zrobił swoje. Pewnie nikt mu tego nie przyzna, ani on sam się do tego nie przyzna, ale owoce pozostaną.

Emocje opadły. Na czas wielkich protestów w kraju zapomnieliśmy po trosze o sprawach lokalnych, mieleckich.

W Mielcu panuje spokój. Niektórzy powiedzą, że dziwny spokój. Nie wiem, czy to, że naszym miastem rządzi dziwna, jak na obecne czasy, koalicja PiS i „sympatyków” PO, jest tego przyczyną. Pojednanie? A może wstyd? Sam nie wiem.
W każdym razie w Mielcu sezon ogórkowy w pełni. Nawet dano spokój choremu prezydentowi. I absolutorium dostał bez problemu. Nie piszą o nim media. Obywatel niczego na temat jego zdrowia się nie dowie.

Nie wiem, jak długo ten spokój trwał będzie. Bo miasto, powiat, upomną się o swoje. Rowy zarastają trawą (szczególnie te na Wojsławiu) i trzeba je kosić, a nie ma kto. Drogi i chodniki trzeba łatać, parking przy kościele, zupełnie bez sensu, trzeba wybudować. Słowo się rzekło. Wybory do rad zbliżają się szybkimi krokami i niedługo aktualni sojusznicy rzucą się na siebie.
Póki co ludzie stają w kolejki o ponowny przydział 500+ i nie w głowach im chodzenie pod sąd ze świeczkami.
Lato upalne spowalnia tempo nóg i myśli.
Czujemy się błogo i bezpiecznie w naszym przytulnym Mielcu. Małym mieście za lasem, do którego nie docierają wprost wielki konflikty, a co bardziej aktywni rewolucjoniści mieleccy właśnie dostali nauczkę, czyli po nosie. I przy dekomunizacji nazw, i przy zmianach w sądach, i w paru jeszcze innych przypadkach.
Rewolucja nikomu nie jest potrzebna. Rewolucji Mielec nie pragnie. I niech tak zostanie. Panowie politycy. Panowie radni. Inaczej niedługo przegracie, a rewolucja, którą wywołacie, pożre was pierwszych.
W Mielcu potrzebna jest praca, nie rewolucja. Tak było od zawsze.

Andrzej Talarek

 

DCIM105GOPRO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Slider
Slider
Slider