Slider

Andrzej Talarek

Napisałem te słowa ponad 7 lat temu. dzisiaj jest tak samo, tylko bardziej.

Wspólnota – to brzmi dobrze. Wspólnota narodowa – to brzmi całkiem fajnie. I o ile pod pierwszym pojęciem rozumiemy najróżniejsze sprawy, jak chociażby wspólnotę interesów (nawet brudnych), wspólnotę lokalnej społeczności, wspólnotę rodzinną i wiele innych wspólnot, o tyle pojęcie wspólnoty narodowej ma już dość jednoznaczny wymiar. A przynajmniej powinno mieć.

No właśnie. Powinno. A czy ma? Czy w tym pokawałkowanym świecie istnieje jeszcze coś takiego, jak wspólnota narodowa? Ewentualnie, kiedy istnieje. Bo przecież nie może być tej wspólnoty w każdej sprawie.


  

Kiedyś, w czasach słusznie – dla mnie – minionych, był taki dziwoląg językowy, jak „światopogląd naukowy”. Oznaczał on – w przełożeniu na dzisiejszą mowę – ni mniej ni więcej to, że nauka potwierdziła, że czegoś takiego jak Bóg nie ma i być nie może, i tę swoją prawdę objawiła maluczkim, by w nią wierzyli.

Czyli żeby jednocześnie ukształtowali swój światopogląd na bazie objawienia tejże nauki, objawienia wynikłego z intensywnej pracy umysłowej najtęższych umysłów świata.
Podkreślano w wielką mocą i na każdym kroku, że ten, kto ma światopogląd naukowy to człowiek rozumny i światły, a cała reszta to moher, ciemnota i zabobon.


  

Po raz pierwszy zacząłem myśleć nad ewentualną możliwością zapaści Mielca, kiedy przeczytałem raport naukowców z PAN – u o upadających średnich miastach, wśród których Mielec był sklasyfikowany na wysokim, 29 miejscu na ponad 122 klasyfikowanych (a na 255 średnich miast w ogóle).

Wydało mi się to tak absurdalne w świetle moich dotychczasowych przekonań i posiadanej wiedzy o moim mieście, że chciałem przejść z tym raportem ”ad acta”. Jednak coś mnie powstrzymało i zacząłem się zastanawiać.
Przecież ten raport nie robiło kilku półgłówków czy polityków, ale profesorowie z Polskiej Akademii Nauk. Więc może warto się na chwilę zatrzymać.


  

Zarzucił mi znany mielecki dziennikarz, że nie powinienem za nadto interesować się zdrowiem/chorobą Prezydenta, bo to jego prywatna sprawa. Odpowiedziałem mu, że nie interesuje mnie, na co choruje Prezydent, ale czy będzie w stanie pełnić swój urząd. Bo – w moim mniemaniu – bez prezydenta Mielec coraz szybciej będzie się „zapadał”.

Było to jeszcze przed komunikatem, że kolejna inwestycja, tym razem sztandarowa – hala sportowa- została najprawdopodobniej niedoszacowana i cenowo i czasowo. I tylko Bóg wie, co z nią będzie. A starą halę na wszelki wypadek rozwaliliśmy, choć mogła jeszcze – po warunkowym dopuszczeniu do eksploatacji – służyć rok czy dwa.


  

Prywatność w erze fejsbuka jest pojęciem cokolwiek trącącym myszką. Nadal jednak jest wartością, której wielu z nas stara się bronić przed głodnym sensacji tłumem. Dlatego też nie publikuje na fejsie swoich zdjęć jak i informacji o sobie i swej rodzinie lub robię to w minimalnym stopniu.

Moja obecność w przestrzeni publicznej jest dość szeroka, ale staram się, by ograniczyć ją do tego, co piszę, a nie do tego, jak wyglądam, co robię, co robi moja żona czy dzieci. To jest moja prywatność, do której zapraszam rzadko i ostrożnie. W tym, co publicznie piszę, co publicznie mówię, jestem osobą publiczną i przygotowaną, że wielu ze mną się nie zgodzi lub mnie skrytykuje. Ich prawo, moje ryzyko. Szczególnie wtedy, kiedy moja opinia wpływa na samopoczucie lub nawet zdrowie osób postronnych. Dlatego ważę słowa i staram się mieć rozeznanie tego, co mogę, co wypada, co prawnie dozwolone.


  

Mój Dziadek miał ule i pszczoły, mój Tata miał ule i pszczoły, i ja mam ule i pszczoły. Tyle tylko, że o ile moi przodkowie mieli swoje własne ule i swoje własne pszczoły, ja jestem, jako mielczanin, (być może) tylko współwłaścicielem pszczół i uli. Tych na dachu Domu Kultury.

Jeden ze strażników naszej spółki, pszczelarz, gdy go zapytałem o pomysł lokowania pszczół na dachu, 15 metrów nad ziemią, w środku miasta, postukał się pod głowie i powiedział: czysta propaganda. Pszczoła lata kilka metrów nad ziemią i efektywnie zbiera miód do 700 metrów od ula. Może do dwóch kilometrów, ale jej wydajność znacząco spada. Pszczoła potrzebuje jednorodnych upraw, łąk, a nie parków czy koszonych trawników. Nie mówiąc o kwiatach na balkonach. Na dodatek w mieście wszystko jest skażone. Ale można. No, można. Tylko po co?


  

Jeden z mieleckich radnych, którego darzę niekrywaną medialnie sympatią, stwierdził niedawno – po uchwaleniu przez Sejm jednej z ustaw reformujących, czy też zmieniających polski wymiar sprawiedliwości – że dziękuje Bogu za wreszcie odzyskaną wolność.

Przez moment zmartwiłem się, czy zdążył już w międzyczasie zakończyć II wojnę światową, bo w powszechnym odczuciu części prawicowych działaczy 9 maja 1945 roku wcale nie odzyskaliśmy wolności, tylko popadliśmy w kolejną niewolę. A skoro tak, to pewnie nadal tkwiliśmy w stanie wojny z sowietami. No bo przecież Hitler kaput.


  

To już koniec. Wyrok zapadł, chociaż zainteresowani machaniem rąk odpędzają od siebie myśli o ostatecznej klęsce. Cóż im zresztą pozostało? Byli tak nowocześni, a nie zdołali zauważyć, że czas ich wyprzedził, zatoczył koło i dopadł z tyłu, kopiąc w czułe miejsce. Które pozostało na dodatek odsłonięte.

Amber Gold, Tusk, Hanna Gronkiewicz Waltz, kamienice warszawskie, ośmiorniczki, Kijowski, VAT, podatki, przekręty na paliwach, uchodźcy i wiele innych. Do tego marny przywódca. To wszystko jest jak goła dupa, którą każdy obywatel widzi, a wielu nie odmówi sobie kopnięcia.


  

Nudzą mnie powieści. Zbyt dużo czasu potrzeba na przyswojenie sobie porcji informacji. Ale jednak coś przeczytałem w trakcie urlopu. A właściwie wchłonąłem w siebie w krótkim czasie jak smakowite danie kuchni węgierskiej.

Tom „Mistrza i Małgorzaty” leżał w domu na półce i czekał na czas właściwy do czytania. I ten czas przyszedł. Dla tych, którzy nie czytali, powiem tylko, że głównym (dla mnie) wątkiem tej do bólu satyrycznej powieści jest wizyta Szatana w Moskwie lat trzydziestych.


  

Przeczytałem na portalu WCJ felieton Grega Pawlika – o ile się nie mylę, mormona – o budowie na Górce Cyranowskiej obelisku z figurą Matki Bożej i postanowiłem na ten felieton odpowiedzieć, mimo że do tej pory stałem nieco z boku całej sprawy.

Obelisk jest trochę inną kontynuacją budowy na tejże Górce wieży zwieńczonej figura Matki Boskiej, więc oba wątki traktuję łącznie. Pan Greg dość aktywnie działał w jakimś obywatelskim komitecie przeciwko budowie wzmiankowanej wieży, a teraz niejako „ciągnie” sprawę dalej, już przeciwko obeliskowi.


  

Nie, żebym narzekał. Bo program Festiwalu muzycznego w Mielcu jest naprawdę dobry. Ale jak czytałem wywiad z Panią Kruszyńska, która kieruje obecnie Samorządowym Centrum Kultury, to naszły mnie refleksje natury muzycznej ale i ogólniejszej.

Zmieniła się nazwa festiwalu. Już nie będzie międzynarodowy. Od paru lat co najmniej był to tytuł na wyrost. Festiwali podobnych do mieleckiego jest w okresie letnim całe mnóstwo w prawie co drugim mieście w Polsce. Każde chce mieć jakiś festiwal, przegląd, muzyczne spotkanie etc. By zapewnić godziwą rozrywkę swoim mieszkańcom, a przy okazji być może ściągnąć do miasta turystów.


  

Człowiek w starszym wieku niemal odruchowo zaczyna myśleć o sprawach ostatecznych. Zależnie od wiedzy, jaką dysponuje i zależnie od swojego stosunku do religii i Boga, jego rozważania mogą być ciekawsze lub mniej dla otoczenia. Ważnym jest jednak, by dla niego samego były istotne i utwierdzające w marszu na wybranej drodze.

Rozstałem się z fizyką na etapie kwantowym, gdy za podstawowe cząstki uznawano elektron, proton, neutron i podobne. Gdy się jej uczyłem, w latach 70 tych, zaczęła się kształtować teoria modelu standardowego cząstek elementarnych, a nieco później teoria strun.


  

Powiem wprost – spodobał mi się pomysł pana Kamińskiego, radnego powiatowego PiS, by okoliczne gminy dołożyły się do kosztów utrzymania mieleckiego szpitala.

Pomysł w pierwszej chwili dla wielu może szokujący i zupełnie niestandardowy – kiedy patrzeć na stronę prawną funkcjonowania służby zdrowia w Polsce – nabiera innego wymiaru, jak go w szczegółach rozważyć.


  


Slider
Slider
Slider