W Cieniu Jupiterów Mielec
Image default
Historia

Mieleccy Poznaniacy

To było jedno z pierwszych wypędzeń Polaków po wybuchu wojny. W grudniu 1939 i zimą 1940 roku przybyły do Mielca transporty wysiedlonych z Poznania, z miast i miasteczek Poznańskiego, Pomorza i Kujaw, takich jak Inowrocław, Szubin, Żnin, Łabiszyn, Barcin, Kcynia, Solec Kujawski… W Mielcu ich wszystkich nazywano Poznaniakami i tak we wspomnieniach nazywa się ich do dziś.

Niektórzy z „Poznaniaków” przybyli do naszego miasta już przed wojną, gdy w powstającej fabryce samolotów otworzyła się możliwość zatrudnienia fachowców, a w mieście rosła liczba ludności i zwiększało się zapotrzebowanie na różne usługi. Jeden z wysiedlonych zapytany, czy słyszał o Mielcu przed wojną, odpowiedział, że czytał w miejscowej prasie o możliwościach zatrudnienia w naszym mieście licznych kowali i blacharzy. Wypędzenie odbywało się tak, jak to można oglądać w serialu „Polskie drogi”, przeczytać w licznych drukowanych wspomnieniach, na przykład we.
Jakieś minuty na spakowanie tylko osobistych rzeczy, pozostawienie całego dobytku, transport najczęściej w towarowych wagonach, długotrwała podróż w nieznane, z początku skoszarowane zakwaterowanie, na przykład w Mielcu – w salach Gimnazjum. W 1939 i 1940 roku przybysze, jak i niemal wszyscy Polacy, spodziewali się, że wojna niedługo się zakończy i wypędzeni wrócą do swoich domów. Z uwagą śledzili sytuację na frontach. Czekanie się wydłużało, toteż niecierpliwie już od lutego 1945 roku wyglądali doniesień w gazetach, że ich miejscowości są wolne od Niemców. Natychmiast ruszali w drogę z całymi rodzinami, także z licznymi urodzonymi w Mielcu małymi dziećmi, a nawet niemowlętami. Najczęstszym środkiem lokomocji była wynajęta lub zakupiona furmanka zaprzężona w parę koni.

Galicjoki
Mielec nie zrobił na przybyszach dobrego wrażenia. Porównywali nasze miasto z gospodarnymi, schludnymi i bardziej zamożnymi miastami Wielkopolski. Zetknęli się z odmiennymi obyczajami, nieznanymi sobie właściwościami miejscowego języka noszącego liczne cechy dialektu małopolskiego. Sami też (z wyjątkiem tych z wykształceniem wyższym, i młodszych) posługiwali się w znacznym stopniu dialektem wielkopolskim. W Wielkopolsce, tak jak i na Śląsku, gdzie przez ponad wiek oficjalnie, oraz w szkołach i urzędach, obowiązywał język niemiecki, język polski znany był przede wszystkim w formie miejscowego dialektu. Tylko nieliczni znali język ogólny. Pod tym względem lepiej było w Galicji, toteż miejscowi nazywali przybyszów Poznaniakami, a Poznaniacy – miejscowych – Galicjokami (wymowa „a” jak „o”, nieobecna w języku mieszkańców naszego miasta, znana była tylko na podmieleckich wsiach i u przybyszów ze wsi). Poznaniaków szokować musiało nieznane w Wielkopolsce „mazurzenie”, czyli wymowa typu „syja”. „zyto”, „cysty” „jezdze” oraz charakterystyczny język Żydów (w Mielcu było wówczas wielu Żydów, w miasteczkach Wielkopolski Żydzi byli nieliczni). Z kolei mielczanie nie znali na przykład wielkopolskiego „ło”, stąd nazwisko popularnego Poznaniaka pana Pogłodzińskiego wymawiali zawsze jako „Pogodziński”.

O wyższości Mikołaja nad Gwiazdorem
Otwarty spór na ten temat wiodły dzieci. Miejscowi malcy otrzymywali skromne w czasie wojny podarunki od Mikołaja w dniu 6 grudnia, tylko nieliczni – także w Wigilię. „Poznańscy” (znacznie bardziej wartościowe prezenty) – w Boże Narodzenie, i przynosił je Gwiazdor. Dzieci spierały się też, czy mówi się „sznytka” czy „kromka”, „pyry” lub „kartofle” – czy „ziemniaki”, czy „czerstwy” to świeży czy też odwrotnie, co to jest „sklep”: miejsce, gdzie się coś kupuje, czy też „piwnica”? „Poznańskie” dzieci miały koronny argument w okresie Wielkanocy: przecież śpiewaliśmy „wstał, przeniknął sklepu mury” (znacznie później rozstrzygnięto sprawę na korzyść dzieci „galicyjskich”, dziś w kościołach śpiewamy „skalne mury”). Mielczanie słyszeli u Poznaniaków „bydzie” (będzie), „tej” (ty), zupełnie jak w popularnym poznańskim kabarecie Zenona Laskowika, który nazywał się właśnie „Tej”. Poznaniacy wyśmiewali galicyjski zwyczaj mówienia znaczniejszym osobom „całuję rączki” (dzieci się często myliły, bardziej szacownych sąsiadów pozdrawiały zwykłym „dzień dobry”, tych niżej stojących w hierarchii – bardziej „eleganckim”: „całuję rączki”). Poznaniacy nie znali rozbudowanego i ściśle stosowanego systemu nazywania pokrewieństwa w postaci słów: „stryjenka”, „”stryjek”, „wujenka”, „wujek”. Było to wysoce niepraktyczne, toteż zapewne pod wpływem Poznaniaków, mówi się dziś prawie wyłącznie: „ciocia” i „wujek”. Te dawne słowa brzmią archaicznie, podobnie jak „całuję rączki”.
To tylko niektóre przykłady zmian w obyczajach, jakie dokonały się u miejscowych pod wpływem Poznaniaków. Dzieci „poznańskie” utrzymywały, że słowa „wygnańcy Ewy” w znanej pieśni kościelnej do nich się odnoszą, bo to Poznaniacy są „wygnańcami”. Było to wtedy, gdy Niemcy zakazali śpiewania tej pieśni, ponieważ na tę samą melodię śpiewa się hymn „Boże, coś Polskę” Ten zakaz ułatwiał kontrolę Niemcom nie znającym polskiego języka.

Przedsiębiorczość
Mieszkańców Mielca zdumiewała i budowała praktyczność, oszczędność i przedsiębiorczość Poznaniaków. Po przybyciu do naszego miasta dołączyli do działających już rzemieślników, pracowali legalnie i oficjalnie, lub np. w przypadku masarzy, jak pan Kalka z Barcina czy pan Kowalkowski – nielegalnie, narażając się na rewizje, obóz koncentracyjny lub nawet na śmierć. (Był w Mielcu co najmniej jeden przypadek rozstrzelania za zabicie „niekolczykowanej” świni). Powstawały liczne nowe warsztaty rzemieślnicze tworzone przez Poznaniaków, np. pani Kowalkowska była modniarką, pan Kozłowski – blacharzem. Niektóre panie zajmowały się pieczeniem ciast na zamówienie. Często proceder ten uprawiany był w małych wynajętych mieszkaniach, bez koniecznych instalacji i urządzeń. Mielec nie miał jeszcze niemal zupełnie wodociągów i kanalizacji, wiele ulic, nawet blisko rynku, nie miało prądu elektrycznego. Co najciekawsze, Poznaniacy umieli rozpoznać rodzaje i wielkość zapotrzebowania na różne usługi. Np. w wynajętym pokoju przy ulicy Sobieskiego (bez wody, kanalizacji i prądu elektrycznego), zamieszkanym przez 4 dorosłe osoby i dwoje dzieci, w którym w czasie wojny urodziło się jeszcze troje niemowlaków, panny Bejnówny przyjmowały do wybielania i usztywniania kołnierzyki i mankiety do męskich koszul. (Wobec różnych braków upowszechnił się przedwojenny jeszcze oszczędnościowy zwyczaj dopinania dodatków, nawet do tzw. „półkoszulków”.) Przykładem wytrwałości, umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych, był wspomniany wyżej mistrz piekarski pan Antoni Pogłodziński. Był wśród tych mieleckich przedstawicieli tzw. „prywatnej inicjatywy”, którzy przetrwali w swych przedsiębiorstwie nie tylko ograniczenia i represje okupanta, ale i czasy PRL-u, gdy racjonalna gospodarka przeważnie musiała być nielegalna i wymagała stosowania różnych chwytów, narażała na szykany, a nawet więzienie. Podobnie w Barcinie. Pani Jadwiga Bejnówna po powrocie z wygnania przejęła po ojcu sklep towarów mieszanych, długo i dzielnie walczyła z „domiarami” i „komisją specjalną”.

Boże Narodzenie 1940 r. w Mielcu w domu przy ul. Sobieskiego (obecny nr – 33), Kazimiera Kalka z mężem Antonim i córkami Krystyną i Teresą, Wiktoria Posadzińska z mężem i synem Benedyktem, Jadwiga i Anna Bejnówny.- (ze zbiorów inż. Benedykta Posadzińskiego z Grudziądza}
Foto z ,,Encyklopedii” – Alfons Zajączkowski i Jan Pietrykowski

1- Antoni Kalka, rzeźnik z Barcina
2 – Kazimiera Kalka, żona j.w.
3 – Teresa Kalka, córka j.w.
4 – Krystyna Kalka, córka j.w.
5 – Benedykt Posadziński, syn n.w.
6 – Aleksy Posadziński, mój ojciec
7 – Wiktoria Posadziński, moja mama
8 – Jadwiga Bejna, siostra mamy
9 – Anna Bejna, siostra mamy
      opis: Benedykt Posadziński

Dyrektor Alfons Zajączkowski
Mielec zawdzięcza wiele licznym inteligentom, nauczycielom, inżynierom i technikom, wysoko wykwalifikowanym robotnikom, pochodzącym z Poznańskiego i Pomorza. Także jednemu lekarzowi, doktorowi Janowi Pietrykowskiemu, znanemu z wybitnych umiejętności zawodowych, ofiarności i nadzwyczajnej osobistej kultury. On był między tymi, którzy z Mielcem związali swe dalsze życie i działalność zawodową. W czasie wojny Poznaniacy włączyli się także w działalność konspiracyjną, w walkę z okupantem i tajne nauczanie (jako wykładowcy i jako uczniowie). Jednym z organizatorów tajnego nauczania był Alfons Zajączkowski. On także, zaraz po opuszczeniu miasta przez Niemców, reaktywował mieleckie Gimnazjum i Liceum im. Stanisława Konarskiego. Jednak z tego, co jeszcze zrobił dla mielczan, zdawał sobie sprawę przez całe lata tylko on sam (i może jego najbliżsi). Chodzi o jego decyzję jako dyrektora Gimnazjum, podjętą 13 listopada 1944 roku, której motywów aż do śmierci nie mógł z oczywistych powodów wyjawić. W opublikowanych w 1961 roku wspomnieniach napisał o tym dniu: tknięty jakby przeczuciem, odwołuję już o 6 rano naukę, ogłaszając dzień wolny. Między 6 sierpnia 1944 a 17 stycznia 1945 roku Mielec znajdował się w pasie przyfrontowym (front zatrzymał się na Wiśle, wioski za Wisłoką były ewakuowane. W mieście życie toczyło się jakby normalnie, pracowały szkoły, ale co pewien czas miasto było ostrzeliwane przez ukryte gdzieś daleko w lesie niemieckie ciężkie działo. Gmach Gimnazjum był poważnie uszkodzony, ponadto zajęty był przez radziecki szpital wojskowy, więc nauka odbywała się w budynku Bursy (internatu), wobec dużej ilości uczniów, na trzy zmiany. W jadalni Bursy uczyły się często jednocześnie dwie liczne klasy. Uczniowie, stłoczeni, pisali najczęściej ołówkiem na plecach sąsiadów. 13 listopada o 10 rano, na skutek decyzji dyrektora, nie było już w Bursie uczniów, tylko nauczyciele i pracownicy. Alfons Zajączkowski napisał: Wielki pocisk wpada do sąsiedniej uczniowskiej jadalni (teraz pustej) i przez drzwi i okno sypie w nas odłamkami. Ginie moja matka i córka, jej młodociana koleżanka, ksiądz Antoni Hałas (pochodzący z Poznania, przyp. mój) i siostra zakonna. Dwanaście osób jest rannych, najciężej katecheta ks. Bolesław Gwoździowski.

Ci ludzie zginęli i zostali ranni w pomieszczeniu sąsiednim. Jak wyglądałaby owa jadalnia, gdyby nie była pusta? Wówczas w Mielcu wszyscy sądzili i tak sądzą do dzisiaj, że nauka została odwołana z powodu niepokojących odgłosów z frontu. Tymczasem, kto pamięta tamten dzień, wie, że nie działo się nic szczególnego. Tego groźnego ostrzału nie było od dłuższego czasu, nawet sądzono, że niebezpieczeństwo minęło. Oczywiste, że przyczyna odwołania zajęć musiała być inna.

Dyrektor Zajączkowski nazwał to „przeczuciem”, jeszcze w roku 1961 nie mógł napisać więcej. A był to dzień św. Stanisława Kostki, patrona młodzieży, zawsze przed wojną wolny od nauki i uroczyście świętowany. Najwidoczniej Dyrektor postanowił uszanować to święto. Czy zawahałby się wiedząc, jakie będą skutki jego decyzji? Gdyby jej nie podjął, jego dziesięcioletnia jedyna córka i matka 13 listopada 1944 roku o godzinie 10 byłyby bezpieczne w zupełnie innych miejscach, a z owej jadalni wydobywano by zmasakrowane ciała co najmniej kilkunastu (jeżeli nie kilkudziesięciu!) uczniów. Warto sobie dziś uświadomić, jaką ofiarę, choćby niezupełnie świadomie, poniósł ten najbardziej znany w Mielcu Poznaniak, dla ratowania powierzonych swej opiece młodych mielczan. Jakie pytania musiał sam sobie zadawać ?

Cmentarz
Na mieleckim Starym Cmentarzu znajduje się wiele nagrobków „Poznaniaków”, zarówno ludzi starych, jak młodych i dzieci. Wzbudziło to czyjeś podejrzenie, że Poznaniaków dotknęła jakaś szczególna epidemia. To błędne przypuszczenie. Wielu ludzi umierało i ginęło w Mielcu w czasie okupacji. Panował tyfus i zakaźne dziecięce choroby, żniwo zbierała gruźlica. Lekarze byli często bezradni wobec braku leków, niskiego stanu higieny, odległości szpitala (najbliższy był w Tarnobrzegu), braku transportu sanitarnego, ubóstwa ludzi i często – głodu. Do tego dochodziły represje okupanta i wydarzenia związane z wojną, walką partyzantów. Nagła śmierć na ulicy nie była rzadkością. To wszystko dotykało zarówno mielczan, jak i „Poznaniaków”. Jednak nagrobki przybyszów z Poznania były w większości obmurowane i po wyjeździe rodzin przetrwały. Mogiły tubylców zostały dawno przebudowane na rodzinne grobowce, a ziemne groby, zarosłe trawą, przeznaczone na nowe pochówki. Obecnie mogiłami Poznaniaków opiekują się przeważnie zaprzyjaźnione z wysiedleńcami rodziny mieleckie.

Talerz na wigilijnym stole
Poznaniacy tęsknili za swymi stronami, niepokoili się o pozostawiony tam dorobek życia. Po przejściu frontu, jak wszyscy, nie mogli się doczekać ofensywy znad Wisły. Radzieccy żołnierze pocieszali: skoro budiet nastuplenie. Gdy w styczniu ruszył front, a prasa donosiła o uwolnieniu kolejnych miejscowości, Poznaniacy wyruszyli w daleką drogę. Pozostawili gospodarzy, u których mieszkali, znajomych, przyjaciół. Mimo pewnego dystansu, jaki istniał między miejscowymi a wysiedlonymi, trudne wojenne przeżycia wytworzyły trwałe więzi. Pani Kazimiera Kalkowa z Barciana pamiętała zawsze, jak obie z Heleną Podolską pod kulami opuszczały schrony w gospodarstwie Kazanów i piwnicach Szwakopów, by przygotować dzieciom jakiś gorący posiłek. Gdy wzmagał się ostrzał miasta, kryły się za solidnym łóżkiem z grubej blachy. Pewnego razu nie zdążyły tam dobiec. Gdy ucichło, zobaczyły w miejscu łóżka wielką dziurę od pocisku.
Między wielu Poznaniakami a mielczanami przez wszystkie następne lata trwała wymiana korespondencji, a nawet zdarzały się wzajemne odwiedziny. Około 1960 roku w domu przy ulicy Sobieskiego świętowano Boże Narodzenie. 15 osób z trzech pokoleń rodziny zasiadło przy wigilijnym stole. Zgodnie z tradycją postawiono dodatkowe nakrycie dla wędrowca. W trakcie wieczerzy ktoś zapukał do drzwi. Wszedł młody żołnierz i oświadczył, że przybył zobaczyć dom, w którym się urodził. To Ireneusz, najmłodszy syn państwa Kalków z Barcina. W domu tym urodził się również jego starszy brat Zdzisław i siostra Marysia. Dziewczynka nie dożyła drugiego roku życia, spoczywa na mieleckim cmentarzu, Zdzisław, już jako duży chłopiec, utopił się w Noteci w swoim rodzinnym Barcinie. Ireneusz nie miał jeszcze roku, gdy jego rodzina opuściła Mielec. W 1960 r. odbywał zasadniczą służbę wojskową w garnizonie tarnowskim. Wszyscy obecni na wieczerzy byli uradowani i wzruszeni. Były tylko problemy z tradycyjnymi potrawami. Wędrowcowi nie smakowała „kwaśna zupa” (żur na grzybach), a nawet dość niechętnie zjadł czerwony barszczyk z grzybowymi uszkami. Niestety, w tym domu nie umiano gotować świątecznej „czerniny”.
Starsze pokolenia mielczan i Poznaniaków odchodzą, a kontakty trwają. Autorka niniejszego tekstu koresponduje stale z inżynierem Benedyktem Posadzińskim z Grudziądza. Gdy przybył z rodzicami, dziadkami, ciotkami i kuzynkami do Mielca, miał 4 lata. W Mielcu urodził się jego młodszy brat Zbigniew.

Bogumiła Gajowiec /wichz

TMZM

1.Na zdjęciu są zgrupowani przywołani przesiedleńcy z Kujaw i Pomorza, jak widać zasiedleni w jednej ze sal gimnazjalnych i dla zachowania poczucia ludzkiej godności i estetyki dla potrzeb zdjęcia sławetna słoma została rozgarnięta
Pod przypisanymi umownymi „cyframi” kryją się następujące osoby:

1- Antoni Kalka, rzeźnik z Barcina
2- Kazimiera Kalka zd. Bejna, żona j.w.
3- Krystyna Kalka, córka j.w
4- Teresa Kalka, córka j.w.
5- Józef Bejna, mój dziadek
6- Zofia Bejna, moja babcia
7- Aleksy Posadziński, mój ojciec
8- Wiktoria Posadziński, z d. Bejna, moja mama
9- Benedykt Posadziński, ja, syn j.w
10- Jadwiga Bejna, siostra mamy
11- Anna Bejna, siostra mamy
12- Pani Idkowiakowa
13- Józefa Idkowiak,
14- Stefan Idkowiak, syn pani „12”
15- Zygmunt Idkowiak, syn j.w
16- Sylwester Idkowiak, syn j.w
17- Bożena Idkowiak, córka j.w
18- Kazimiera Idkowiak, córka j.w.
19- Pan Wesołowski, krawiec z Bydgoszczy
20- Pani Wesołowska, żona j.w
21- Leon Wesołowski, syn j.w
22- Stefan Wesołowski, syn j.w.
23- Maria Wesołowska, córka j.w
       opis: Benedykt Posadziński

Zobacz też...

W Cieniu Jupiterów Mielec
Mielec: Informacje, Relacje, Wiadomości, Wydarzenia, Ogłoszenia, Nowości