Slider

Podobnie jak dyrektor Adam Jastrząb uważam, że przy tzw. ścianie żołnierza co roku powinny się odbywać uroczystości patriotyczne. Jestem za tym całym sercem i wszystkimi kończynami. Jednak z zastrzeżeniem, że w kategorii „uroczystości patriotycznych” nie ma dla mnie miejsca dla daty 8 maja, od której zaczęła się cała „afera” z mielecką ścianą żołnierza.

Tego dnia przy Szkole Podstawowej nr 3 pierwszy raz od wielu lat nie zorganizowano obchodów tzw. zakończenia II wojny światowej. Osobiście bardzo mnie to ucieszyło.

Pomyślałem: wreszcie! Bo cóż mamy świętować? To, że w Polsce rozpoczęła się sowiecka okupacja i komunizm, który degradował nas na wszystkich płaszczyznach? My tę wojnę PRZEGRALIŚMY jak nigdy dotąd w historii! Zresztą tak jak inne kraje środkowo-wschodniej Europy. Świętować to może postsowiecka Rosja, co zresztą robi.

Ale wracając do Mielca. Przez lata organizatorem i „twarzą” tamtejszych obchodów tzw. zakończenia II wojny światowej był płk. Bronisław Kowalczuk. Emerytowany oficer Ludowego Wojska Polskiego powiedział, że „Żołnierze Wyklęci byli dezerterami, na których wykonano wyroki w oparciu o ówczesne prawo i sądy”. Tu wszelki komentarz wydaje się chyba zbędny.
Nie dziwi mnie również fakt, że o upamiętnienie tak hucznie świętowanego w Moskwie „Dnia Pabiedy” dopominają się głównie politycy mieleckiej lewicy, również tej postkomunistycznej, w tym byli funkcjonariusze PRL.

Wkurza mnie jednak, kiedy ci sami ludzie, walcząc o datę 8 maja, wycierają swoje „buzie” wartościami patriotycznymi, mówią o poległych za Ojczyznę itd. To tak, jakby diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwonił.

Redaktor Paweł Galek

Artykuł ukazał się także na łamach Supernowości 24

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Slider
Slider
Slider