W Cieniu Jupiterów Mielec
Image default
Felietony Informacje

Pociąg LGBT [FELIETON]

Nie szybko uda się nam uciec od ideologii środowisk LGBT. Niedawno przyjęte, także w okolicach Mielca, uchwały w tej sprawie będą prawdopodobnie zaskarżone przez Rzecznika Praw Obywatelskich.

Niechętnie powracam do tego tematu. Ostatnio jednak nie da się otworzyć przeglądarki internetowej bez uniknięcia kolejnych fotek z dzielnie maszerującymi po ulicy panami z gołymi zadkami, prowadzącymi wymachujące tęczową flagą dziecko. Dlatego na samym początku przepraszam, że i ja ten temat poruszam. Robię to jednak tylko po to, by zachęcić do jego zamknięcia.

Tak, temat LGBT trzeba jak najszybciej zakończyć. Z wielu powodów. Oto kilka z nich:

WOLNOŚĆ TO TAKŻE PRAWO DO PRYWATNOŚCI

Po co w ogóle na ten temat dyskutujemy? Są pewne sprawy, które załatwia się w na odosobnieniu. Nie pod presją zacofanej kultury, ale dlatego, że tak chcemy. Każdy zdrowy psychicznie człowiek przed załatwieniem swojej potrzeby fizjologicznej zamyka za sobą drzwi. Nawet najbardziej wyzwoleni moralnie hipisi i naturyści po doznania seksualne chowają się w krzakach (pod warunkiem, że są w miarę trzeźwi). Seksualność to sprawa prywatna.

Jest tyle interesujących tematów o których można przegadać wieczór i pół nocy. Przy dzieciach. Bez wstydu i poczucia zażenowania. Mieszkałem kiedyś w kraju, w którym często w kolejce do kasy nieznajomi ze sobą rozmawiają, bo głupio tak stać i nic nie mówić. Można kogoś zaczepić pytaniem o produkt, który zamierza kupić, komentując dowcipny napis na podkoszulku czy robiąc pozytywną uwagę o jej dzieciach. Słyszałem setki sposobów na rozpoczęcie pogawędki w sklepie czy poczekalni, ale jeszcze nigdy nikt nie usłyszałem: „Cześć, z kim lubisz sypiać?”. Albo w odpowiedzi na przywitanie „Jak się dzisiaj masz?” nigdy nie usłyszałem odpowiedzi: „Zdradziłam dzisiaj męża i trochę mi głupio.” O takich rzeczach się nie mówi. I bardzo dobrze, bo seksualność to prywatna sprawa jednostek i par.

W normalnym życiu – tym bez telewizji, facebooka i innych internetowych witryn – zachowujemy się normalnie. W rozmowach poruszamy normalne, przyzwoite tematy. Śmiejemy się. Chwalimy się nawzajem. Dajemy sobie komplementy. Spacerujemy z dziećmi. Pomagamy sobie nawzajem. Kiedy jednak otwieramy serwisy medialne, dzieje się z nami coś dziwnego. Zaczynamy się wygłupiać jak zaprogramowane przez jakiegoś dowcipnego psychopatę roboty. Spieramy się ze sobą o rzeczy, które często są bez znaczenia. Na przykład o orientację seksualną. To nienormalne.

PRZEŚLADOWANIA MNIEJSZOŚCI

Działacze ruchów LGBT twierdzą, że dzielnie walczą o równe prawa dla mniejszości seksualnych. Niektórzy uciekają się do bardzo kreatywnych form walki, jak na przykład facet w Kanadzie, który skarży w sądach salony domagając się prawa do depilacji części intymnych, bo – jak twierdzi – czuje się kobietą a kobiecie nie można przecież odmówić wykonania usługi.

Po pierwsze, jakich mniejszości? Jestem mężczyzną, monogamistą, szczęśliwym mężem i ojcem, ale nigdy mi do głowy nie przyszło, że należę do jakiejś większości. Nigdy też nie odczuwałem potrzeby odebrania jakichkolwiek praw osobom, które praktykują poligamię, homoseksualizm czy celibat. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że „heteroseksualiści” nie budują zasieków wokół osób identyfikujących się jako LGBT. Wiem, że różnie to bywało w przeszłości, ale obecnie nie tworzymy praw nakazujących stemplowania ich na czołach, specjalnego tatuażu na łydce czy noszenia tęczowej wstążki na ramieniu. To ruchy LGBT starają się budować w naszych umysłach nieistniejące getta czy obozy koncentracyjne dla osób, których seksualność odbiega w ten czy inny sposób od normy. To ruchy LGBT nakłaniają homoseksualistów do bohaterskiego wychodzenia z szafy i noszenia tęczowych sweterków. Jeżeli istnieje coś takiego jak „mniejszość LGBT” to sama siebie stworzyła i ogłosiła narodem wybranym.

Naród ten wychodzi na ulice i swoim ubiorem i zachowaniem łamiąc wszelkie normy przyzwoitości robi wszystko, by sprowokować „większość” do obrzucania ich kamieniami. A większość ma to w nosie, bo normalnego człowieka nie interesuje to, co inny człowiek robi w swojej sypialni. Sprowokować dają się tylko głupole tacy jak skrajni nacjonaliści, nie wiedząc, że postępują dokładnie tak, jak zaplanowali to organizatorzy „marszów równości”, wręczając im na srebrnej tacy kolejny argument na skierowanie opinii publicznej przeciwko każdemu, kto śmie się głośno sprzeciwiać ruchom LGBT.

OBALANIE UPRZEDZEŃ

Działacze ruchów LGBT twierdzą, że dążą do obalenia uprzedzeń wobec mniejszości seksualnych. Ponieważ nie jestem pracownikiem IKEI, pozwolę sobie na zacytowanie Biblii: „Po owocach ich poznacie”. To naprawdę dobra rada. Fałszywego proroka można łatwo rozróżnić od prawdziwego nie po jego słowach i deklaracjach, ale po owocach jego działań. Gdybyśmy mieli oceniać przywódców różnych ruchów po ich słowach to najwyższe oceny trafiłyby do Lenina, Hitlera i Mao Zedonga. Gdybyśmy żyli w ich czasach to ich barwne przemówienia o wolności, równości i odzyskaniu honoru niewątpliwie poruszyłyby nasze serca. Jeśli jednak za kryterium przyjmiemy owoce ich działań to – delikatnie mówiąc – egzaminu by nie zdali.

Jakie są owoce działań ruchów LGBT? Nie ma wątpliwości, że organizowane przez nich marsze tworzą i utwierdzają uprzedzenia wobec „mniejszości seksualnych”. Ich działalność prowokuje ludzi do gniewu i nienawiści – po obu stronach. Tak zwane „marsze wolności” tak naprawdę mają na celu ograniczenie wolności wszystkich tych, których opinie są przeciwne opiniom działaczy LGBT. W USA nie jeden biznes został zrujnowany przez nienawistne bojkoty tylko za to, że jego właściciel wyjawił podczas wywiadu z dziennikarzem, że jest praktykującym Chrześcijaninem. Kosmetyczki zmuszane są do dokonywania depilacji części intymnych facetom, którzy uważają się za kobiety. Uczennice liceów muszą po lekcji WF-u brać prysznic z chłopcami, którzy zadeklarowali, że czują się kobietami.

W Kalifornii i od niedawna – również w Niemczech – psycholog nie może udzielić młodej osobie cierpiącej na zespół dezaprobaty płci pomocy, chyba, że jego działanie nie jest sprzeczne z wartościami ruchów LGBT. Nawet publikowanie poradników jest w tych krajach surowo zabronione. Ruchy LGBT dążą też do pozbawienia wolności wyboru wartości i zasad moralnych nauczanych dzieci przez ich rodziców. Już pięciolatki w przedszkolu mają być w szkole publicznej zachęcane do masturbacji a młodzież do otwartości na seksualne eksperymentowanie.

Czy ruchy LGBT dążą do wolności, równości i obalania uprzedzeń? Ich usta tak twierdzą, ale fakty pokazują, że jest dokładnie odwrotnie. Uprzedzenia są i to nie jest dobre. Odkąd ruchy LGBT rozpoczęły walkę z uprzedzeniami, tak naprawdę tylko je pogłębiły. To bardzo niedobrze. Osoba, która wcześniej traktowała swojego kolegę w pracy – homoseksualistę – z szacunkiem, po obejrzeniu relacji z „marszu równości” jest bardziej skłonna do uznania go za swojego wroga.

Marsze i regulacje nie łamią przekonań i uprzedzeń. Wiedza, otwarta rozmowa, spokojna dyskusja, wartościowa literatura, przykład mądrej koleżanki, natchnione kazanie w kościele, dobrze nakręcony dokument, przystępnie przekazane wyniki badań naukowych, wiarygodne statystyki – to są praktyczne metody na łamanie uprzedzeń. Działacze LGBT jednak nie dyskutują tylko demonizują każdego, kto się z nimi nie zgadza.

USTAWY I REGULACJE

Czy słyszeliście kiedyś historię o białym narodzie, w którym powszechnie uważano osoby z ciemną karnacją za podludzi aż któregoś dnia parlament tego kraju przegłosował ustawę zabraniającą poniżającego traktowania mniejszościowych ras i od tego czasu wszyscy się darzyli wzajemnym szacunkiem a czarnoskórych zaczęto zatrudniać na stanowiska kierownicze? Ja też nie.

Żydowskie sklepy w międzywojennych Niemczech były demolowane w czasie, kiedy było to zabronione przez prawo. Dzieci w RPA są masowo gwałcone w celu wyleczenia się z AIDS mimo, że prawo kraju tego zabrania a bilbordy przy autostradach obalają mit o zdrowotnych właściwościach dziewic. Polki najczęściej głosują na mężczyzn mimo, że przeróżne ustawy bezskutecznie próbują to zmienić. Regulacje nie łamią przekonań i uprzedzeń.

Organizacje LGBT… próbują zmusić ludzi do zmiany przekonań przez zakazy, ale w ten sposób mogą co najwyżej zmusić ludzi do tego, by z „pedałów” wyśmiewali się prywatnie a nie publicznie i to z większą nienawiścią niż gdyby im tego nie zakazywano.

TAK CZY NIE?

Nie raz słyszymy podczas politycznych debat jak jedna ze stron zadaje przeciwnikowi skomplikowane pytanie a następnie nie pozwoli jej na nie odpowiedzieć wykrzykując: „Ale proszę odpowiedzieć krótko – tak, czy nie?!” To stara sztuczka praktykowana przez Faryzeuszy w Nowym Testamencie. Ich celem nie było dochodzenie do prawdy, ale umieszczenie Jezusa z Nazaretu w jednej z dwóch skrajnych, stworzonych przez siebie kategorii – jeśli powie, że w Sabat można uzdrawiać to sprzeciwia się świętemu Prawu Mojżesza; jeśli zaś powie, że nie można to jest pozbawionym współczucia faszystą.

Kiedy nasze małe dziecko wskazuje na ekran telewizyjny i pyta: „Czy ten pan jest dobry czy zły?”, zwykle mamy problem z udzieleniem prostej odpowiedzi. Na przykład w filmach „Nędznicy”, „Ścigany” i „Monachium”, główni bohaterzy występują po przeciwnych stronach konfliktu, ale obaj są postaciami pozytywnymi. W wielu innych produkcjach niemal wszystkie postaci są negatywne. Według mojej oceny podobnie ma się sprawa w politycznych debatach, szczególnie kiedy jest to debata między dwoma kandydatami w wyborach.

Małemu dziecku trudno to jednak wytłumaczyć. Dziecko myśli w kategoriach: dobre – złe, ładne – brzydkie, grzeczne – niegrzeczne, czarne – białe, szczęśliwe – smutne, itd. Nawet dzieci potrafiące policzyć wszystkie dziesięć paluszków najczęściej liczą tylko do dwóch. Co ciekawe – niektóre nigdy nie nauczą się liczyć od trzech wzwyż. Wielu dorosłym wydaje się, że każda niemal sytuacja oferuje tylko dwie opcje. Nie więcej.

Wielu rodzicom wydaje się, że dziecko albo należy surowo karać, albo pozwalać mu na wszystko. Media przekonały większość Polaków, że w wyborach musimy się identyfikować albo z partią PiS, albo z PO, tak jakby inne opcje nie istniały, co przecież nie jest prawdą. Po ulicznych walkach w Białymstoku też wydaje się nam, że albo musimy poprzeć organizatorów tęczowego marszu, albo skrajnych nacjonalistów. Mało tego, jeżeli odmówimy poparcia ruchy LGBT to – w oczach naszych znajomych – jesteśmy skrajnymi nacjonalistami, nazistami i faszystami. A przecież ogromna większość Białostoczan nie poszła ani na marsz ani na kontra-marsz. Dokonali trzeciego wyboru – zasiedli do stołu z rodziną, zabrali dzieci na plac zabaw, albo przeczytali kolejny rozdział książki.

Nie wiem z czego wynika ta potrzeba zajęcia stanowczego stanowiska w niemal każdej zaaranżowanej przez media lub z ich pomocą kontrowersji. Może z naszej budowy – mamy dwie ręce, dwoje oczu, dwie półkule mózgowe. Może dlatego, że interesujemy się sportem, w którym jedna strona wygrywa a druga przegrywa. Ziemia ma dwa bieguny, doba składa się z dnia i nocy, istnieją dwie płcie… Chyba się za bardzo rozpędziłem.

Pasjonuje mnie historia USA, dlatego posłużę się tu przykładami zza oceanu. W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia media wmówiły Amerykanom, że czarnoskórych albo trzeba bić i sadzać na tylnych siedzeniach autobusów, albo płacić im za to, że żyją, rodzą dzieci i wychowują je bez ojca. A przecież była trzecia opcja – zostawić ich w spokoju i traktować jak każdego człowieka. Obecnie również politycy i dziennikarze wmawiają nam, że skoro nie zgadzamy się na szczególne traktowanie „osób LGBT” to musi oznaczać, że chcemy ich bić lub wsadzać do więzienia.

W latach sześćdziesiątych natomiast istniały dwie opcje: albo jesteś przeciwnikiem wojny w Wietnamie, palisz marihuanę i śpisz z kim popadnie, albo jesteś osobą religijną, nie lubisz „odmieńców” i wspierasz dążenia USA do podporządkowania sobie całego świata. Mało kto wpadł na pomysł, że można żyć przyzwoicie a jednocześnie promować pokój i tolerancję.

Teraz natomiast amerykańskie media dzielą ludzi na zacofanych, odrzucających naukę i postęp przeciwników aborcji a – z drugiej strony – oświeconych, nowoczesnych zwolenników „wyboru” („pro-choice”) i wsadzania do więzień każdego, kto głośno zacytuje Biblię lub wyrazi swój pogląd sprzeczny z tym „postępowym”. Oczywiście tych pierwszych wrzuca się do tego samego kotła z płaskoziemcami, chociaż prawie każdy konserwatysta dobrze wie, że Ziemia jest okrągła. Ignoruje się fakt, że wielu z tych „zacofańców” to osoby wykształcone z przemyślanymi poglądami. Tych ostatnich jednak nie zaprasza się do studiów telewizyjnych.

KRÓTKA LEKCJA Z HISTORII

I w tym temacie możemy się wiele nauczyć z książek do historii, albo po prostu porozmawiać ze swoim dziadkiem lub prababcią. Oni pamiętają jak doszło do wybuchu najfatalniejszej wojny w historii ludzkości. Oni wiedzą, że w przeciwieństwie do tego, co uważa większość młodych ludzi – Druga Wojna Światowa nie była konfliktem między dobrem a złem. W dużej mierze była to wojna między dwoma złymi stronami, szczególnie po przyłączeniu się do aliantów Związku Radzieckiego. To dobrze, że faszystowskie Niemcy ją przegrali, ale skorzystali z tego głównie ci, którzy mieli szczęście znaleźć się po zachodniej stronie Żelaznej Kurtyny. W odróżnieniu do bajek, które czytamy swoim dzieciom, życie jest bardzo skomplikowane.

Proszę zwrócić uwagę na podobieństwa wydarzeń i nastrojów społecznych początku dwudziestego wieku do czasów w których obecnie żyjemy. Wszystko zaczęło się od pewnego oryginalnego pomysłu, założenia, że lekarstwem na biedę i nierówność społeczną jest nienawiść i przemoc oraz odrzucenie jednej z najważniejszych europejskich wartości jaką jest prawo do prywatnej własności. Ktoś sobie wymyślił, że skoro jedni mają więcej niż inni, trzeba tym pierwszym odebrać to co mają by rozdać tym drugim. Ta idea zafascynowała młodych, rozgniewanych intelektualistów.

Wyszli więc na ulicę z czerwonymi flagami i łechtającymi uszy hasłami o równości, sprawiedliwości społecznej i pokoju. Rozpoczął się konflikt, który w Rosji (a potem w Chinach) wygrali Komuniści. W rezultacie tego zwycięstwa, ponad 100 milionów ludzi straciło życie – nie w wojennym konflikcie, ale z głodu.

To jednak dopiero początek tragedii. Pełni nienawiści Komuniści sprowokowali do nienawiści swoich przeciwników. Tak zrodził się Faszyzm. Faszyzm, zarówno niemiecki jak i włoski (i nie tylko – w Polsce przecież również niektóre organizacje nacjonalistyczne nawoływały do bicia komunistów i Żydów), powstał jako reakcja na Komunizm. Walka z Komunizmem była najważniejszą częścią platformy wyborczej Hitlera i jego gangu. Konflikt między Hitlerem a Stalinem, między Narodowym Socjalizmem a walką klas to konflikt między dwoma lewicowymi ideologiami. Nie było strony dobrej i złej – obie były złe. W niektórych kwestiach znacznie się od siebie różniły, a w innych były do siebie podobne. Rosjanie zachęcali do nienawiści do bogatych i odnoszących sukces burżujów a Niemcy do Komunistów, Żydów i Słowian. Dla obydwu lek na całe zło był praktycznie ten sam – Socjalizm.

W jednym przypadku klasowy, a w drugim narodowy. A Ty, drogi Czytelniku, gdybyś urodził się sto lat wcześniej, którą poprałbyś stronę – Sowietów czy Faszystów? Jeżeli to pytanie Cię oburza to bardzo dobrze. Pozwól tylko, że zasugeruję, iż Twoje wnuki z perspektywy czasu również będą się dziwić, że na początku dwudziestego pierwszego wieku ich dziadkowie odczuwali potrzebę identyfikowania się z jednym z dwóch skrajnych stron przeróżnych konfliktów, tak jakby nie było trzeciej opcji – poszanowanie wolności każdego uczciwego i nie uciekającego się do użycia siły człowieka, bez względu na jego orientację, płeć, religię, itp.

Odnoszę wrażenie, że historia się powtarza. Kiedy czytam o walkach ulicznych między przyznającymi się do lewicowych wartości protestującymi działaczami LGBT… a dążącymi do narodowego socjalizmu nacjonalistami to przypomina mi to Europę lat 1920. Komuniści znowu prowokują skrajny nacjonalizm. Znowu się nawzajem biją a media biorą stronę najczęściej tych pierwszych, bo taka jest teraz na Zachodzie moda (nie wypada nie być „postępowym”).

Ale my nie musimy myśleć, że to są jedyne opcje, że musimy być albo za tymi, albo za tamtymi. Każdy człowiek może być tym, kim chce być. Nie musi przynależeć do jednej z dwóch grup, chyba, że jest zawodnikiem drużyny piłkarskiej. W każdej kwestii możemy sobie wyrobić własną, prywatną opinię. Tak jest lepiej i fajniej.

Kiedy odrzucimy ten dwubiegunowy paradygmat, przestaniemy mylnie oceniać ludzi i zaczniemy ich bardziej lubić. Widząc mężczyznę w koszulce z symbolem Polski Walczącej, nie założymy z góry, że pewnie bije gejów i imigrantów, ale spokojnie przyjmiemy do wiadomości, że jest patriotą. Po co czytać między wierszami? Widok takiej osoby w tureckim kebabie nie będzie nas też dziwić, bo walka z faszyzmem nijak się ma do tego, że osoba z Turcji postanowiła wychowywać swoje dzieci w Polsce.

Homoseksualisty nie będziemy z góry posądzać o wspieranie ruchów LGBT… Wiele osób, których pociągają osoby tej samej płci nie wspiera tych środowisk. Można być wegetarianinem a jednocześnie nie domagać się zakazu spożywania mięsa. Można być Katolikiem i nie nazywać protestantów „odszczepieńcami” czy „heretykami”. Można lubić Żydów a jednocześnie nie zgadzać się z każdą decyzją rządu Izraela. Można uważać „heteroseksualizm” za normę a nie iść za przykładem Grzegorza Brauna, który chce wsadzać homoseksualistów do więzień.

W temacie tak zwanych „mniejszości seksualnych” nie jesteśmy ograniczeni do wyboru między tolerancją a nienawiścią. To nie prawda, że aby się uważać za osobę otwartą i tolerancyjną, musimy wspierać ruchy LGBT z ich dążeniami do wywalczenia specjalnych przywilejów dla homoseksualistów, zachęcania dzieci do masturbacji, a młodzież do rozwiązłości seksualnej i eksperymentowania z rówieśnikami. To nie prawda, że aby się uważać za osobę przyzwoitą i religijną musimy nazywać homoseksualistów „pedałami”, terroryzować swojego syna, który wybrał homoseksualny tryb życia, stawiając mu ultimatum, że jeżeli nie będzie tańczył jak mu zagramy to musi się wynosić z mieszkania. Nie musimy też dyskryminować swoich podległych pracowników dając awans gorzej wykwalifikowanemu „heteroseksualiście” zamiast lepiej wykwalifikowanemu homoseksualiście, namawiać do bojkotowania koncertów Eltona Johna, itd.

LOKOMOTYWA I WAGONY, DECYZJE I KONSEKWENCJE

Każdy człowiek ma wolny wybór. Możemy podejmować decyzje, ale nie jesteśmy w stanie wybrać konsekwencji naszych decyzji. Fajnie byłoby spacerować po dnie jeziora bez butli z tlenem na plecach. Nikt mi tego nie może zabronić. Nie jestem jednak w stanie zdecydować, że będzie to mój ostatni spacer.

Ruchy LGBT to pociąg z wieloma wagonami. Wpuszczając na nasz peron lokomotywę, pozwalamy jednocześnie na wjazd doczepionych do niej wagonów. W lokomotywie siedzą elokwentni działacze LGBT otoczeni przystojnymi celebrytami i celebrytkami dzielnie powiewającymi tęczowymi chorągiewkami. W pierwszym wagonie zasiadają uśmiechnięci ludzie słusznie domagający się szacunku i równego traktowania. Ale już trzeci zajmują faceci z nadwagą ubrani w kilka skurzanych pasków, osoby udające psy z kagańcami na twarzach i obmacujące się namiętnie bezwstydne kobiety. Dalej nadjeżdża wagon z panami i paniami w mundurach gotowymi aresztować Cię za zacytowanie Biblii, albo zamknąć twój biznes, bo odrzuciłeś zamówienie na wydrukowanie tęczowego plakatu. Albo – jak we wspomnianym przypadku w Kanadzie – nie zgodziłaś się na depilację męskiego krocza „kobiety”. Wagon z sędziami zabraniającymi publikacji treści nie zgodnych z ideologią gender już wjechał do Kalifornii i Niemiec. Potem jadzie wagon nauczycieli troskliwie zachęcających przedszkolaków do masturbacji wraz z sędzią gotowym odebrać ci prawa rodzicielskie, jeżeli sprzeciwisz się tej progresywnej edukacji. W końcu pojawia wagon bojowników o nowoczesność gotowych zamykać kościoły odmawiające udzielania ślubów homoseksualistom. Ostatnio do pociągu dołączył też wagon bojowników o tolerancję dla gwałcicieli dzieci. A na końcu prawdopodobnie siedzą bojownicy ISIS gotowi poobcinać nam wszystkim głowy za to, że wpuściliśmy na nasz peron cały ten tęczowy pociąg.

Historia zachodnich narodów nie pozostawia wątpliwości, że tych wagonów nie da się od siebie oddzielić. Działacze LGBT… i inni powiewający czerwonymi flagami nigdy nie będą zadowoleni. Oni żywią się złością i przemocą. Chociaż nie muszą, są jak dzikie zwierzęta, które aby przetrwać, szukają kolejnych ofiar. Zawsze będą dążyć do kompletnego wywrócenia naszego, w miarę jeszcze przyzwoitego świata, do góry nogami. Nie wpuszczajmy tego pociągu. Nie pozwólmy, by to zło sprowokowało drugie zło, bo kiedy zaczną się ze sobą bić to będą to robić w naszych miastach, burzyć nasze kościołach i domy. Zróbmy to nie z nienawiści ale z miłości do swoich dzieci i przyszłych wnuków.

Kochajmy gejów i lesbijki, ale nie pozwólmy im krzywdzić niewinne dzieci i zamieniać nasze ulice w nieprzyzwoity cyrk. Kochajmy ich tak bardzo, że z odwagą przypominajmy im, że są przede wszystkim ludźmi. A przywódcom ruchów LGBT przypominajmy, że my też jesteśmy ludźmi. Człowiek ceni sobie osobistą wolność. Nie chce być do niczego zmuszany.

Greg Pawlik

Facet z Mielca

Zobacz też...