Czytałem news (z powtórki) na mieleckim portalu, warty jakieś 5 milionów złotych. News nie portal. 12 lutego 2008 roku, na hej.mielec ukazał się wywiad/relacja z nadleśniczym z Tuszymy, panem Juraszem, o tym, że w mieleckich lasach żyją wilki.

Cytuję za portalem: „Mielec leży na skraju Puszczy Sandomierskiej. W granicach miasta jest spora połać lasów i… stado wilków. Dzikie psy przywędrowały do Mielca same. I na obrzeżach miasta znalazły miejsce idealne dla siebie. Cieszy się z tego Zygmunt Jurasz, Nadleśniczy z Tuszymy. To on, wraz współpracownikami, podjął się zadania przywracania naturalnej zwierzyny w opustoszałej Puszczy Sandomierskiej”.

I dalej: „W mieście mało kto o tym wie, ale w granicach administracyjnych Mielca żyją wilki – oznajmia Zygmunt Jurasz. Te przyszły na tereny Nadleśnictwa Tuszyma już kilka lat temu. Jest jedna wataha, przynajmniej kilka sztuk. Nadleśniczy Jurasz przypomina, że wilki nie są na tych terenach nowym gatunkiem, tylko powróciły w swoje naturalne siedlisko. – Przecież w 1964 czy 1965 roku w Mielcu był wilk. Odstrzelony został przy starej rzeźni nad Wisłoką. Był już tak stary i zniedołężniały, że przychodził tam żywić się odpadkami – relacjonuje”.

Ten wywiad był zapewne jednym z argumentów, by obwodnicę Mielca odgrodzić od Mielca długą na parę kilometrów ścianą dźwiękochłonną. Interweniowała w projektowanie drogi jakaś organizacja „zielonych” z Żywca, zajmująca się ochroną wilków. Pewnie po to, by nie zakłócać wilkom miłosnych harców. Żeby były kolejne wilczki. No bo jak inaczej? Żeby nie wchodziły na jezdnię, wystarczyło zbudować płot z siatki jak przy autostradzie. Kosztowało to skarb państwa, czyli nas wszystkich z 5 milionów złotych.

Jak może wiedzą ci, którzy odwiedzają mój profil na fejsbuku, jestem fanem polskich wilków. Gdzie mogę, to je propaguję, wspieram i bronię ich dobrej opinii. Pewnie gdyby były w Mielcu, jak mówi pan nadleśniczy – a nawet koło Mielca, w mieleckich lasach – też bym je wspierał. Wilk to piękne i mądre zwierzę. A nade wszystko, co szczególnie cenię, jest symbolem niezależności i swobody. Nie ma tresowanych wilków. A tygrysy i lwy to i owszem.

Symbol wilka powinien sobie wpiąć w klapę każdy myślący niezależnie. Nie żaden opornik, nszz, czy kod. Wilka. Zostawię już w spokoju te wydanie niepotrzebnie 5 milionów. Próbowałem w prokuraturze, ale nie stwierdzono, by coś złego się stało. Po prostu 5 mln poszło się …. i nic na to już nie poradzimy. Zostawię, bo oto doszliśmy mimochodem do tropów wilczych w mieleckich lasach, które niekoniecznie oznaczają to, co w pierwszym odruchu kojarzymy z wilkiem, a są może ciekawsze od samych wilków.

Czytelnicy moich felietonów może zauważyli, że nie zawsze jestem entuzjastą tzw. „żołnierzy wyklętych”. Nie wszyscy to bohaterowie, byli też zwykli bandyci, udający partyzantów, jak choćby ci, przez których mój Ojciec, zwyczajny chłopski syn, żaden działacz, musiał uciekać z ojcowizny. Przyznać jednak trzeba, że niektórzy z „wyklętych” byli i ideowi, i nieustępliwi, i twardzi. I mieli w sobie ten ogromny ładunek ludzkiej wolności, niezależności, cechy która konstytuuje prawdziwego człowieka, jakiejś wręcz rycerskości, że można im jej jedynie zazdrościć.

Rycerskość to dylemat. Kiedyś powodowała, że rycerze wybierali pewną śmierć i honor zamiast klęski czy hańby, jak Szwajcarzy z Ogniem i mieczem. Ale też często szli jak barany na rzeź, jak pod Poitiers, Azincourt czy Crecy. Tyle że to byli nadęci rycerze francuscy, gardzący angielskimi łucznikami z plebsu.

Uczestniczyłem kiedyś w dyskusji o rycerstwie jako jednej z cech, właściwości ludzkich, choć bardziej historycznych, niż obecnych. Jedni ją chwalili, ja ganiłem. Ganiłem rycerskość totalną. Rycerskość za każda cenę. Także za cenę życia. Może mi łatwiej, bo jestem z chłopów. A chłopa zawsze cechowała praktyczność i ostrożność. Życie dawało mu dawniej „popalić”, więc by przetrwać, musiał wypracować w sobie jakąś ideologię przetrwania.

Dzisiaj prawie wszyscy są, lub usiłują być, ze szlachty. Z tego jedynego „narodu”, który stanowiło 10 % populacji na ówczesnych ziemiach polskich. Narodu, którego spora część była biedna i ciemna jak i chłopi, którymi gardziła. Kontynuują tradycję „rycerstwa”, rycerskości, nie mając tej tradycji rodzinnie. Ale jak tak popatrzeć na naszych mieleckich wyklętych, to okazuje się, że nimi akurat są chłopi. Z dziada pradziada. I Lis, i Rusin. Albo ten najdłużej się ukrywający wyklęty, Jan Franczak, zabity w lesie w roku 1962, na którego cześć ustanowiono bieg „Tropem wilczym” liczący 1962 metry w swej podstawowej trasie.

I tak się zastanawiam nad tym bezsensownym bohaterstwem powstańców styczniowych, akurat głównie ze szlachty, straceńczym bohaterstwem powstańców warszawskich, oszukanych przez dowództwo, także gównie z inteligencji, czyli wtedy w przewadze ze szlachty, choć nie tylko, ale także nad beznadziejnym trwaniem w lesie w 1947 roku, kiedy już wszystko było wiadomo. Czy nie lepiej było żyć i budować Polskę, jaka by ona nie była. Ale była by pełna Polaków, krewniaków, swojaków. Bo co innego jest walczyć z bandami UPA, czym innym występować przeciwko gigantycznej potędze armii sowieckiej, kiedy alianci jak zwykle pokazali Polsce figę.

Czcimy moralnych zwycięzców. Zwycięzców, którzy zwyciężyli śmiercią. Czy to jest naprawdę wzór do naśladowania w dzisiejszych czasach? Kiedy zniszczyć cywilizację można wyłączając jej prąd elektryczny? Naprawdę ktoś wierzy w partyzantkę, obronę terytorialną, jako przeciwwagę Rosji? Czy może chodzi raczej o panowanie nad emocjami młodych ludzi, nad ich umysłami?

Czy nie jest ważniejsza odwaga cywilna mówienia na głos tego, co się myśli, odwaga obrony wolności myślenia, obrony demokracji, a może i źle reformowanych sadów, które przecież zreformować trzeba, od deklarowania gotowości śmierci za ojczyznę, kiedy dzisiaj tego niekoniecznie potrzeba? Nie wykluczam, że przyjdzie czas umierania. Ale wydają mi się śmiesznymi środki mające nas przed tym zabezpieczać, minimalizować tę konieczność.

Czcijmy bohaterów. Starannie wybierajmy tych, którym oddajemy cześć. Losy ludzkie są naprawdę skomplikowane i stosowanie do nich prostych recept, ocen, wyciąganie czarno – białych wniosków, bardzo często jest zamazywaniem prawdy, a nie jej odsłanianiem. Zamazywaniem dla „pokrzepienia ducha”.

Andrzej Talarek

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Slider

Slider
Slider
Slider