W Cieniu Jupiterów Mielec
Image default
Felietony Informacje

Mielecki pierwowzór papieża Franciszka [FELIETON]

Czy Mielec nie ma szczęścia do postaci wielkich mielczan, których mógłby wynosić na pomniki i uczyć o nich kolejne pokolenia?
Moim zdaniem może bardziej i prawdziwiej należało by zapytać, dlaczego wielcy mielczanie nie mają szczęścia do miasta, w którym przyszło im żyć, działać, budować, przemieniać jakże trudną mielecką materię społeczną i gospodarczą w nowe jakości? W NOWE.

Więc może raczej, generalizując,  Mielec nie ma szczęścia sam do siebie?
Ciągnąca się od kilku lat awantura o żołnierzy wyklętych zaowocuje zapewne pomnikiem ku ich czci. Już powstały murale, co raz 1 marca odbywają się huczne obchody dnia im poświęconego.

Pisałem już, że trzeba uczcić ich pamięć. Pisałem też, że tak naprawdę ludzi ci dla Mielca zrobili tyle, że zginęli.  Taka jest niestety brutalna prawda. Ktoś powie, że dali przykład niezłomności i honoru. Pokazali, jak umierać za ideały. Może tak.

Przy czym zdanie poprzednie jest co najmniej wieloznaczne, a bywają przypadki, że po prostu głupie.
„Zostały po nich piękne groby”. I pamięć – doda ktoś. Pewnie też. Ale co się pamięta? Że walczyli i zginęli?

To ma być przykład na jakie czasy? Przykład dla kogo? Dla tych, co niedługo umrą, czy dla młodych, by szli w ich ślady?

Lubimy nieżywych bohaterów. Padłych w walce, w wypadku lotniczym, zmarłych młodo i tragicznie.

Umarli ze starości w łóżkach nie budzą zainteresowania.

Dość.


Czytam książkę „Ksiądz Arczewski”.


Był dla mnie – w mojej młodości – postacią  posągową. Było w nim coś takiego, że ja, młody chłopak zaczytujący się w polskich klasykach patriotycznych,  jakim wtedy byłem, widziałem w nim człowieka jakby z innego wymiaru. Albo może lepiej powiedzieć, człowieka wielowymiarowego, tak bardzo wyróżniającego się w naszym dwu– czasami trzywymiarowym świecie, że i ludzie prości, jakimi byli moi rodzice, i ja, jeszcze uczeń, czuliśmy jego wielkość, płynące od niego mądrość, dobroć i wielką wiarę.

Jakże lubiłem słuchać jego kazań. Pewnie rozumiałem połowę lub mniej, ale robiły one na mnie takie wrażenie, że słuchałem ich z otwartą gębą. Mama na szczęście wyganiała mnie rano do kościoła, więc po latach mogę powiedzieć: byłem i słuchałem.
To, że dzisiaj pamiętam jedynie, że były wspaniałe, nie pamiętając, co oczywiste, ich treści, pozwala mi tak ciepło myśleć o tym człowieku. No i to, że były takie krótkie, takie treściwe, takie mądre. Książka przypomina mi dzisiaj, i wyjaśnia, i potwierdza, to co zapamiętałem.
Inne sprawy odkrywam dla siebie dopiero teraz. W 1970 roku wyjechałem z Mielca, by powrócić po 9 latach, więc cały ostatni akt życia Księdza Arczewskiego dział się w zasadzie poza moją świadomością.
Zawsze myślałem o Mielcu jako o mieście z tradycjami. Takim galicyjskim, gdzie wszystko było poukładane od cesarza Franciszka i tak naprawdę niewiele się przez lata zmieniało. W przeciwieństwie do choćby Nowej Rudy, gdzie się urodziłem, czy innych miast tzw. Ziem Odzyskanych, w których społeczeństwo budowało się od zera z przybyłych ze wszech stron najróżniejszych ludzi, tak od Sasa do lasa.
Jakże byłem bezmyślny w tej kwestii! Jakaż to nieprawda!

Mielec w 1945 roku liczył pewnie 5 tys. mieszkańców. Właśnie pozbył się swojej drugiej połowy, żydowskiej, wymordowanej przez Niemców, i obudził się od nowa jako nie to miasto, które było przed wojną. Trauma powojenna, zabijanie pamięci, mieszkanie w pożydowskich domach, próba urządzenia się na nowo z Ruskimi. Za torami zakłady lotnicze, do których przed wojną jeszcze nie zdołano przywyknąć. I jakieś Osiedle. Osiedle to nie był Mielec!
Gdy Ksiądz Arczewski przybył do Mielca, ten liczył już 8 tys. osób. Intensywnie rozwijano PZL, a on miał na Osiedlu stworzyć nową parafię.

Najpierw skończył budować ten mały kościółek, taki większy barak, który jeszcze wielu z nas pamięta. A potem rozpoczął starania, walkę, o nowy, duży kościół, który chciał wybudować. Pierwsza nieudana próba, skończona konfiskatą pieniędzy zebranych na budowę, potem długie starania o zgodę Urzędu Wyznań w Warszawie.

Mielec miał być modelowym miastem komunizmu. Jak Nowa Huta. I robiono wszystko, by utrudnić pracę duszpasterską księdzu. W latach sześćdziesiątych nauka religii odbywała się w warunkach wprost koszmarnych, w jakiś wynajętych salkach na Cyrance, w kościółku, nieprzystosowanym do tych celów, w trzech maleńkich salkach baraczku stojącego przy kościele. Starsi Mielczanie pamiętają księży katechetów: Lazarowicza, Wojtasika, Bochenka.
Do kościoła przychodziło się z dwu powodów – dla Pana Boga i dla księdza Arczewskiego. Ksiądz Arczewski miał wspaniałe kazania. Jak wspominał ksiądz Mularz, ksiądz Arczewski tak charakteryzował sposób mówienia kazań: „Ludzie ciągle są pod jakąś presją, żyją w napięciu, stresie, mają wiele problemów, Są przytłoczeni tym swoim codziennym życiem. Przychodząc do kościoła czekają na dobre słowo,  bo krzyku gdzie indziej mają pod dostatkiem, a ten krzyk na dłuższą metę niczego nie załatwia”.  
Ale nie tylko  dobre słowo było w jego kazaniach. Jak mówił ks. Mularz, „w swoich kazaniach nie realizował diecezjalnego planu kaznodziejskiego. Tworzył je wg swoich pomysłów. Były doskonale przygotowane pod względem językowym. Mówił z głowy, spokojnym głosem, temat był przemyślany od początku do końca, przekazywany jak fascynująca opowieść, że człowiek z ciekawością słuchał, co będzie dalej. Gdyby zapomnieć, że to kazanie, ale jakieś przemówienie, które ocenia się od strony formalnej, to można by się było zachwycać każdym jego wystąpieniem”.
Ksiądz Rodak zapamiętał na zawsze pierwsze usłyszane kazanie księdza Arczewskiego. „Mówił o cierpieniu i klęskach żywiołowych, bo akurat była powódź, wylew Wisły. Mówił o cierpieniu i nieszczęściach wpisanych w ludzki los: wojnach, kataklizmach, chorobach. A potem mówił o codziennym życiu człowieka i rodziny, o wszystkich tych sprawach, obowiązkach, problemach, które niesie ze sobą życie rodzinne. I mówił, że życie to jest życie, ono przyjmie każdy los, tylko trzeba się na to przygotować, bo tak już jest: życie niesie ze sobą chwile dobre i złe, nieraz bardzo złe i każe nam przyjmować różne losy, a cokolwiek się zdarzy, musimy to przetrwa c, musimy przez to przejść”.
Ksiądz Arczewski współpracował z bardzo wieloma ludźmi, z różnych kręgów społecznych.  Z każdym umiał się porozumieć, każdego wysłuchać, zrozumieć, był gotowy do rozmowy o każdej porze dani, może i nocy.

Ludzie lubili przychodzić do niego i zwierzać mu się. Jak pisał pani Nowakowska, wydawało się jej po wielu rozmowach, że ksiądz jest tylko jej. Ze zdziwieniem po latach odkryła, że tak samo uważało bardzo wielu innych ludzi. Ksiądz jest mój! A on był wszystkich.
Za to takie działania na wizycie u biskupa Ablewicza w 1969 roku usłyszał, że: „Ma paniusie i panków – tylko głaszcze, tylko schlebia”. A także, co najważniejsze: „Od lat, od lat prowadzi rozkład ideologiczny naszej parafii na Osiedlu”. To były słowa jak nóż, nawet jeśli za nimi stał dziwny zbieg okoliczności i w sumie niedoinformowanie biskupa.
Mówił ksiądz Winiarz o Maszach świętych, prowadzonych przez księdza Arczewskiego. „ To trzeba było choć raz zobaczyć, jak Arczewski odprawiał Mszę św.,  żeby zrozumieć, na czym polegała jej odmienność. Tam nigdy nie było czegoś takiego, jak u innych można czasem zaobserwować: szybko, szybko, aby zbyć. Gdy on celebrował Mszę św., zawsze było widać, że jest to modlitwa  jego duszy. Dla mnie było to coś wręcz niezwykłego, co przeżywałem najbardziej”.  „Jego podejście do wiary nie miało nic wspólnego z tym, co się u nas obserwuje na wsiach. Niewiele miało w sobie tej miejskości, czy takich wielkomiejskich cech – a najwięcej z tego dawnego dworu: inteligentnego, spokojnego, równego i głęboko przekonanego o prawdzie. (…) Mam wrażenie, ze właśnie ta jego wiara tak czarowała inteligentów, a zdumiewała i budziła zachwyt u prostych ludzi”.
Ja mówił ks. Dr Pawlak: ”Arczewski był i pozostał dla mnie ideałem. Tylko jedno jest przykre: tacy księża nie mogą żyć i pracować spokojnie, bo się ich we własnym środowisku niszczy. I owszem, robili mu opinię, że jest komunistą, że całą parafię skomunizował”. Tak miał mu powiedzieć sam biskup Abelwicz, pod wpływem różnych opinii nieprzyjaznych mu księży. A że tacy byli i uważali, że: Co z niego za ksiądz, psuje robotę nam wszystkim, pieniędzy nie bierze”, więc trudno się dziwić, że przyprawiono mu łatkę komunisty.
Z drugiej strony władze komunistyczne miały mu za złe, że katechizuje klasę robotniczą.

W parafii na Osiedlu pracowało z księdzem Arczewskim wielu wspaniałych kapłanów. Zapisali się dobrze w pamięci mielczan. Ale byli i tacy, którym nie odpowiadało kierowanie parafią. Narzekali, że parafia bogata, tymczasem oni są biedni, nie mają za co kupić butów, a powinni zarabiać tyle, ile zarabia inżynier na WSK, bo mają wyższe wykształcenie i pracują ponad siły. Mieli np. za złe, że nie mogą brać ofiar w czasie kolędy. I to niezadowolenie przekazywali dalej.
Nie lepiej wyglądała współpraca pomiędzy księdzem Arczewskim a ks. dziekanem Madejem, proboszczem na Starym Mielcu. , który od samego początku nie był w stanie zaakceptować stylu pracy proboszcza z Osiedla. A kiedy Arczewski rozpoczął ponowne starania o pozwolenie na budowę kościoła, podobne starania rozpoczął ksiądz Madej. Chciał rozbudować kościół parafialny (tak, ten zabytkowy, który dzisiaj znamy) tak bardzo, że obecny stanowiłby tylko czwartą część nowego. Już nawet była koncepcja. Że z dzisiejszego punktu widzenia absolutnie idiotyczna? To nie przeszkadzało, bo gra szła o to, czy wierni z Osiedla będą chodzili na Stary Mielec do kościoła, czy będą mieli swój. W tle były pieniądze i władza. A wiadomo, że ówczesne komunistyczne władze nie dałyby pozwolenia na budowę dwu kościołów w Mielcu.
Inny ksiądz, którego wypowiedź przytacza ksiądz Pawlak, powiedział o Arczewskim: „to był człowiek, który przerósł epokę”.  I dalej mówi ksiądz Pawlak: „On rzeczywiście w swoim duszpasterstwie pod wieloma względami wyprzedził epokę.. Chociażby to, że w tak szerokim zakresie włączał ludzi świeckich w życie Kościoła. (…) A jaka jest teraz tendencja, co się robi? Właśnie dopuszcza ludzi do duszpasterstwa, wysłuchuje ich racji, angażuje do różnych działań i zadań”.
Ksiądz Pycior z kolei mówił o księdzu Arczewskim: to był ksiądz z prawdziwego zdarzenia – nie chytry, nie pyszny, nie wyniosły, tylko dobry i opiekuńczy,  pobożny (..) Dla niego nie było ważne, czy ktoś jest człowiekiem biednym czy bogatym, prostym czy wysoko wykształconym. Był księdzem dla wszystkich. I bardzo skromnie tam żył.
Kto ciekaw, jak „wychodzono” pozwolenie na budowę kościoła, niech poczyta w książce. Nie wszyscy wiedzą, że ksiądz Arczewski razem z kościołem wybudował budynek katechetyczny, na który formalnie nie miał pozwolenia. Budynek katechetyczny to była część B kościoła, w planach połączona przewiązką. „Władza mu sprzyjała, bo to był Arczewski. Jemu trzeba było pomóc, on na to zasługiwał” (ks. Rodak). Czyli tak naprawdę władza „przymknęła oko”. Gdyby nie upór Arczewskiego nie byłoby sal katechetycznych. „Nie wypada, żebyśmy uczyli dzieci w nieodpowiednich warunkach. One muszą mieć dobre warunki do nauki, jak przystoi na dzieci dzisiejszych robotników. Te sale są ważniejsze i potrzebniejsze bawet niż kościół”.
Mówili o nim księża, dla których był wzorem kapłaństwa: On w swoim duszpasterstwie był inny niż większość z nas, „W metodach pracy to był człowiek przeciwny zupełnie wobec tych metod duszpasterskich, jakie powszechnie stosowano, to był zupełnie człowiek – inny”.

Taż jest w naszym świecie, i kościelnym, i cywilnym, że każdy, kto idzie własną droga naraża się na krytykę, niezrozumienie, często potępienie i ostracyzm.
Mówił inny ksiądz, krytykujący Arczewskiego: „Ogromny abnegat, bezwzględnie, on nie miał nic. (…) Sprawa nieprzyjmowania ofiar… Tam właściwie nie było dochodów. Przy posługach kapłańskich – absolutnie nic. Ze składek wszystko utrzymywał. Dopiero potem, przy budowie kościoła, ludzie z racji posług składali ofiary na budowę. Ale w czasie kolędy nie przyjmowaliśmy ofiar – nigdy, nawet na kościół”.
„Dlaczego był tak przez ludzi szanowany i lubiany? Na pewno każdy, kto się z nim zetknął, był traktowany jak „ktoś”, bo on dla każdego miał czas i ten swój uśmiech miły, i pełną kulturę.
Co takiego zrobił dla Mielca ks. Arczewski, że wpisał się w mielecką pamięć na zawsze?

Z dzisiejszej perspektywy, bez znajomości ówczesnej rzeczywistości, w sumie niewiele. Wybudował kościół, który dzisiaj, jak się ma działkę, pieniądze(!!!), a o pozwolenie na budowę martwić się nie trzeba, można wybudować za dwa lata.

Więc nie o ten budynek kościoła chodzi. Chodzi o budowanie tego Kościoła w ludziach. Na ile mu się to udało? Patrząc na to, jaki jest dzisiejszy Mielec, najmniej prokościelny w diecezji, można by powiedzieć, że może nie szczególnie.
I ostatni już cytat z książki: „Skoro mieliście w Mielcu takiego wspaniałego kapłana i uważacie, że miał ogromny wpływ na was, to powinien was chyba przemienić w aniołów. Czy przemienił?” Nie przemienił. Ale dzisiaj koniecznie trzeba postawić pytanie, jacy byśmy byli, jaki byłby Mielec, gdyby kiedyś go nie miał?
Dzisiaj koniecznie trzeba też postawić inne pytanie: czy jeszcze o nim pamiętamy, a jeśli tak, to na ile chcemy jego pamięć utrwalać, przekazywać następnym pokoleniom? I co przekazywać? Niedługo umrą ostatni, którzy go słuchali, którzy go obserwowali w działaniu. Pozostaną nowi, dla których to będzie jakaś odległa w czasie, mało znacząca opowieść o człowieku, który zbudował w życiu tylko jeden budynek, Alenie będą wiedzieli, nie docenią tego, ze zbudował wielką ilość małych,  jakże ważnych duchowych budowli w wielu ludziach. Jeśli tego przekazu nie wzmocnimy prawdą, jeśli go nie będziemy nadal nieść w przyszłość, nie obawiając się tych, którzy może się obawiają, jeśli zamiast szukać na siłę bohaterów, którzy tylko dla nas zginęli, nic nie budując, stracimy swoją przeszłość, stracimy siebie dla przyszłych pokoleń.

Większość pisanych materiałów po Księdzu Prałacie Arczewskim spalono. Zachowały się tylko te, które przekazał wcześniej swoim przyjaciołom.
Teraz chodzi o to, by nie został po nim tylko budynek kościoła, jakże ważny, ale by przetrwała pamięć. Pamięć o człowieku, kapłanie, który wyprzedził swój czas. Który z tego powodu był często nierozumiany przez hierarchię kościelną i spotykał czasami się z różnego rodzaju  nieprzyjemnościami. Ale też pamięć o człowieku, którego kochali zwykli ludzie.

PS. Nie szukajcie, panowie z prawdy i pamięci, z instytutów pamięci, ze stowarzyszeń patriotycznych i innych podobnych, na siłę bohaterów, by dawać ich do pamiętania i czczenia potomnym. To się nie uda.
Udać się może przenoszenie w przyszłość i pamięci, i czci takich wielkich postaci, jak ksiądz Arczewski, powoli zapominany, mimo corocznej mszy świętej w jego intencji w rocznice śmierci.

Andrzej Talarek

Zobacz też...