Slider

Felietoniści

No więc po kolei, bo z Panią można dyskutować i nawet jeśli jest to dość ostra dyskusja, to nie skręca na uwarunkowania personalne. Pewnie Pani to zauważyła, że celowo zderzyłem te dwa odległe fakty: to pragnienie wojny wyrażane wtedy nie tylko przez borowskich chłopów, ale dość powszechne, i to nie tylko w na ziemiach polskich, ale w Europie.

Za długi był czas pokoju (względnego, oczywiście, ale teraz w Europie też 20 lat temu mieliśmy wojnę) za dużo było niezadowolonych z istniejącego stanu rzeczy i bardzo wielu pragnęło ten stan odmienić. Najlepszym sposobem dla większości był wojna. Ona miała zmienić istniejący porządek rzeczy. My też długo, bardzo długo, żyjemy w pokoju, i tak jak tamci chłopi większość z nas nie wyobraża sobie, co oznacza wojna, głów, cierpienie, choć może jesteśmy ciut od nich mądrzejsi, bo oni znali co najwyżej potyczki ułanów, a my znamy ich Wielką Wojnę i znamy też Oświęcim.


  

Pamiętam, jak dawno temu Babcia opowiadała mi zdarzenie z lata roku 1914. Miało miejsce w naszej Borowej, w czasie jakiegoś nabożeństwa w kościele, zapewne mszy świętej.

Tamtejszy ksiądz miał kazanie, w którym między innymi ostrzegał przed wojną, której powiew już było czuć nawet w małych wioskach Galicji. Ku jego zdziwieniu obecni w kościele chłopi zaczęli krzyczeć, że oni chcą wojny. Ksiądz miał powiedzieć: ludzie, czy wy wiecie, czego chcecie? Czy wy wiecie, co to jest wojna? Niech nas Bóg broni przed wojną! Ale oni trwali w swoim pragnieniu wojny.


  

Na krótkich nogach łazi po świecie moralność Kalego. Co raz widzimy, jak to, co chwaliliśmy, bo było nam wygodne, bo pasowało do naszej aktualnej narracji, za chwilę staje nam ością w gardle.

Obecna władza na siłę potrzebuje nowych bohaterów najnowszej historii. Już jakby mniej na topie jest Powstanie warszawskie, które w świadomość Polaków wpisuje się coraz bardziej niedawną komunistyczną narracją, jako czyn ze wszech miar, a politycznie w szczególności, głupi, nieprzygotowany i nierozważny, stąd i wzorcami do czczenia mogą być jedynie szarzy mieszkańcy Warszawy lub szeregowi żołnierze, tak naprawdę oszukani przez dowódców.


  

Pewnie zawiodę tych, którzy spodziewają się, że będę mówił dobrze o „dobrej zmianie”, ale i tych, którzy spodziewają się krytyki tejże. Nic z tych rzeczy.

Mijają trzy lata od wyborów naszych przedstawicieli do Rady Miasta. I co? Moim zdaniem – niewiele. Właściwie wszyscy mielczanie oczekiwali wtedy dobrej zmiany w mieście i wszyscy, którzy kandydowali, tę zmianę obiecywali. PiS, bo tak (już?) miał w tytule, inni, bo wypadało, albo rzeczywiście taki był ich zamiar.


  

W poprzednim felietonie pisałem o zaczynającej się gorączce zbliżających się wyborów do rady miasta Mielca i coś zaczyna być na rzeczy. Publicznie swoje propozycje do budżetu na 2018 złożyli Nasz Mielec i osobno, pan Wdowiarz, kiedyś wiceprezydent przy Naszym Mielcu i panu Chodorowskim.

Czekać, jak odezwą się radni z PiS no i radni SLD czyli Razem dla Ziemi Mieleckiej. Chciałbym mieć też nadzieję, że swój program zamierzeń przedstawi pan Prezydent. Oczywiście mniej tu chodzi o budżet, bardziej o zbliżająca się elekcję.
Już we wrześniu radny Bieniek zapalił czerwone (no, może żółte) światło nad realizacją budżetu. Powiedział : „Chciałem zaapelować – pracujmy, ale jeżeli pootwieraliśmy tyle inwestycji, tyle miejsc, które wymagają interwencji, to jeżeli chcemy wyjść z jakąś kolejną fajną propozycją z punktu widzenia miasta, to oceńmy, czy ta propozycja nie pociągnie za sobą kolejnych ogromnych kosztów. Musimy być odpowiedzialni.

 


  

Najpierw stadion, potem hala, teraz biblioteka i SCK… Co runie w najbliższym czasie?
Hala widowiskowo-sportowa, Samorządowe Centrum Kultury, biblioteka – wszystkie te reprezentacyjne obiekty Mielca sypią (lub już się rozsypały) na naszych oczach. Nawet stadion, który kilka lat temu został przebudowany na bazie starego obiektu, okazuje się bublem. Doprowadzenie tego wszystkiego do porządku będzie kosztowało podatników setki milionów złotych. Kto za to wszystko odpowiada?

Cała baza sportowo-kulturalna Mielca powstała w głębokim PRL-u. Przez dekady zarządzała nią Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego. W 1992 r. miasto przejęło budynki Samorządowego Centrum Kultury i Miejskiej Biblioteki Publicznej. Kilka lat później skomunalizowano także stadion i halę widowiskowo-sportową. Mimo sukcesywnie prowadzonych remontów, stan tych i innych przejętych od WSK obiektów jest tragiczny.


  

Ze Stawów Cyranowskich chcą uczynić miejsce wypoczynku, sportu i rekreacji nad wodą i wśród malowniczych lasów.

Miasto chce stworzyć ze Stawów Cyranowskich miejsce wypoczynku, sportu i rekreacji nad wodą i wśród lasów. Problem w tym, że akwen ten jest dziś własnością Agencji Nieruchomości Rolnych, a otaczające go grunty należą do Lasów Państwowych. Zdaniem urzędników, istnieje jednak realna możliwość komunalizacji tego obszaru.


  

Coraz bardziej pachnie wyborami. W mediach rozważania, jakim zmianom może ulec ordynacja wyborcza, lokalnie zapowiedzi o kandydatach na ważne stołki. Wybory samorządowe mają pokazać, czy tendencje jakie zarysowały się w społeczeństwie w ostatnich dwu latach są trwałe, czy potwierdzą wyniki sondaży i czy dadzą rok później bezwzględne, konstytucyjne zwycięstwo PiS – owi.

W Mielcu istnieje dość barwna koalicja. PiS formalnie rządzi, a Nasz Mielec go wspiera. Za stanowiska. Bo w końcu o stanowiska głównie w polityce chodzi. Lokalnej także. Piszę – formalnie – bo nie wiem, kto faktycznie rządzi Mielcem. Faktycznie powinno rządzić SLD czyli Razem dla Ziemi Mieleckiej, ale czy rządzi? Jeśli za przejaw rządzenia uznać obsadzanie rad nadzorczych spółek miejskich, to pewnie rządzi. Realizacja bieżących spraw też jest po stronie prezydenta, kandydata wspieranego przez razem dla Ziemi Mieleckiej. Jednak długa jego nieobecność pozwala zadać pytanie: kto rządzi w jego imieniu? Zastępcy? Doradcy? A może jednak radni PiS?


  

Polityka jest brudna. To banał, komunał. Mówiąc tak, mamy raczej na myśli tzw. wielką politykę, tę z Warszawy, Brukseli, telewizji. Na lokalnych polityków narzekamy inaczej. Wydaje nam się, że bardziej ich znamy, a więc bardziej są pod kontrolą.

Czy to starosta, czy prezydent, czy radni, wszyscy są właściwie cały czas w zasięgu wzroku, w zasięgu szeptanej opinii, plotki. I prawie zawsze informacji lokalnych mediów. Tacy jesteśmy lokalni, zaściankowi. I wydawałoby się, że taka lokalna społeczność to coś pośredniego między rodziną a społeczeństwem w szerokim sensie. Niemcy mówią – heimat. W tłumaczeniu to gniazdo, ojczyzna, macierz. Mała ojczyzna.


  

W ostatnią niedzielę w Mielcu odbyły się wybory uzupełniające do Rady Miasta. Było 4 kandydatów i prawie 3000 osób uprawnionych do głosowania. Wybory wygrała Jolanta Wolska. Od drugiej Krystyny Olechowskiej dzielił ją zaledwie jeden głos (77 vs. 76). Jak się okazało, do urn przyszło tylko 216 mieszkańców, co daje nieco ponad 7 procent frekwencji. Wstyd!

Oprócz Jolanty Wolskiej i Krystyny Olechowskiej do walki o fotel radnego stanęli Łucja Bielec (która otrzymała 50 głosów) oraz Mariusz Mazur (11 głosów). Łącznie oddano 214 ważnych kart do głosowania.

Dużo osób obecnie uważa, że w Polsce istnieje zagrożenie dla demokracji (przypominam, że demokracja oznacza rządy obywateli). Tymczasem gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że tylko 7% wyborców jest zainteresowanych tym, kto będzie ich reprezentował w Radzie Miasta. A pozostali? Brak decyzji też jest decyzją.


  

Napisałem te słowa ponad 7 lat temu. dzisiaj jest tak samo, tylko bardziej.

Wspólnota – to brzmi dobrze. Wspólnota narodowa – to brzmi całkiem fajnie. I o ile pod pierwszym pojęciem rozumiemy najróżniejsze sprawy, jak chociażby wspólnotę interesów (nawet brudnych), wspólnotę lokalnej społeczności, wspólnotę rodzinną i wiele innych wspólnot, o tyle pojęcie wspólnoty narodowej ma już dość jednoznaczny wymiar. A przynajmniej powinno mieć.

No właśnie. Powinno. A czy ma? Czy w tym pokawałkowanym świecie istnieje jeszcze coś takiego, jak wspólnota narodowa? Ewentualnie, kiedy istnieje. Bo przecież nie może być tej wspólnoty w każdej sprawie.


  

Kiedyś, w czasach słusznie – dla mnie – minionych, był taki dziwoląg językowy, jak „światopogląd naukowy”. Oznaczał on – w przełożeniu na dzisiejszą mowę – ni mniej ni więcej to, że nauka potwierdziła, że czegoś takiego jak Bóg nie ma i być nie może, i tę swoją prawdę objawiła maluczkim, by w nią wierzyli.

Czyli żeby jednocześnie ukształtowali swój światopogląd na bazie objawienia tejże nauki, objawienia wynikłego z intensywnej pracy umysłowej najtęższych umysłów świata.
Podkreślano w wielką mocą i na każdym kroku, że ten, kto ma światopogląd naukowy to człowiek rozumny i światły, a cała reszta to moher, ciemnota i zabobon.


  

Po raz pierwszy zacząłem myśleć nad ewentualną możliwością zapaści Mielca, kiedy przeczytałem raport naukowców z PAN – u o upadających średnich miastach, wśród których Mielec był sklasyfikowany na wysokim, 29 miejscu na ponad 122 klasyfikowanych (a na 255 średnich miast w ogóle).

Wydało mi się to tak absurdalne w świetle moich dotychczasowych przekonań i posiadanej wiedzy o moim mieście, że chciałem przejść z tym raportem ”ad acta”. Jednak coś mnie powstrzymało i zacząłem się zastanawiać.
Przecież ten raport nie robiło kilku półgłówków czy polityków, ale profesorowie z Polskiej Akademii Nauk. Więc może warto się na chwilę zatrzymać.


  


Slider
Slider
Slider