Slider

 Podkarpacie to województwo spokojne jak bieszczadzkie jezioro w pogodny, wiosenny dzień. Chyba, że ktoś na warszawskiej Wiejskiej wyciągnie długi patyk i zacznie nam ten spokój mącić nowymi ustawami i reformami.

Dla rodziców dzieci uczęszczających do podstawówki ostatnie parę tygodni było okresem stresu i trudnych decyzji. Zaczęło się chyba od tego, że ktoś puścił farbę o braku obowiązku uczęszczania przez dzieci na konkretne, zrejonizowane szkolne koszary.

Kto by się spodziewał, że władza, która przecież wszystko wie od nas lepiej, daje nam aż tak wielką swobodę? Po Mielcu zaczęły się rozchodzić pogłoski o przeróżnych tajnych planach łączenia pewnych podstawówek z pewnymi gimnazjami, także z tymi, do których wielu rodziców nie planowało wysłać swoich dzieci z powodu… no powiedzmy: nie cieszącej się renomy.

Podobno niektórzy rodzice dostawali nawet emaile i telefony z działu marketingu jednej z nieistniejących jeszcze podstawówek. Dowiadywali się między innymi tego, że pozostawienie swojej pociechy w obecnej szkole równa się skazaniu jej na karierę przestępcy, a w najlepszym przypadku nieudacznika nie potrafiącego wskazać jakimi środkami językowymi można wyrażać uczucia odwołując się do wierszy Juliana Tuwima ani nawet uzasadnić dlaczego apostrofa rozpoczynająca laudację charakteryzuje stosunek mówcy do słuchaczy, co – jak wiadomo – nieuchronnie stoczy dorosłego Piotrusia czy Kasię do PUP-y, a następnie pod kościół i most.

Był to czas trudnych decyzji nie tylko dla nas, ale także, a może przede wszystkim dla dyrektorów szkół. O dramacie nauczycieli nie muszę wspominać. Ich związek tak jest zaabsorbowany organizowaniem protestów i strajków, że nawet nie zauważył, iż ustawa o likwidacji gimnazjów została już uchwalona. Nauczyciele jak to nauczyciele – żyją w swoim świecie. Dla wielu z nich (nie wszystkich) na pewne pytania istnieją tylko jedne poprawne odpowiedzi (wszyscy znamy takich nauczycieli bez wyobraźni lub/i pokory).

Są przekonani o własnej racji. Nawet nieobecność dzieci na lekcjach biorą za znak wyraźnego poparcia rodziców dla ich nauczycielskiej sprawy. Sam słyszałem w relacji z jakiegoś marszu. To tylko jeden z wielu przykładów traktowania ludzi przez niektórych nauczycieli jak imbecylów. Drogi belfrze, rodzice nie posyłają dzieci do szkoły w dniu strajku nie dlatego, że popierają Wasz związek zawodowy, ale dlatego, że nie widzą sensu w skazywaniu ich na kilkugodzinny areszt bez kablówki.

O samej reformie nie wypowiem się, bo nie mam na ten temat zdania. Nie wiem czy naród będzie szczęśliwszy z gimnazjami czy bez nich. Ale czy to z reformą czy to bez niej – dyrektorom szkół państwowych – piszę to zupełnie nieironicznie a więc szczerze – zawsze należy współczuć, bo w dużej mierze ich pracę można porównać do walki boksera skutego w kajdanki.

Za czasów PRL-u (czyli w systemie, w którym nasze państwo uczciwie przyznawało się do ustanawiania socjalizmu) podobną walkę toczyli także dyrektorzy innych instytucji, na przykład fabryk butów. Mieli do dyspozycji złej jakości maszyny, brakowało dobrego materiału a i na wydajność pracowników liczyć nie mogli, bo każdy szanujący się pracownik za byle jakie pieniądze mógł zaoferować co najwyżej punktualne stawienie się na stanowisku pracy.

Nic więc dziwnego, że butów w kraju brakowało, a dobrej jakości obuwie nosili tylko ci szczęściarze, którym udało się wyjechać na kontrakt do RFN-u i tam po wizycie w sklepie w którym doświadczyli trzech zawałów (pierwszy spowodowany był szokiem wywołanym przez niewyobrażalnie ogromny wybór obuwia przeróżnych fasonów, kolorów, materiałów, etc.; drugi – bajeczną jakością – po raz pierwszy w życiu człowiek zakładał na stopę but, który był wygodny; a trzeci – wysoką ceną; w Polsce na taką parę trzeba by było stawiać się na stanowisku pracy przez parę miesięcy)…

A więc po wizycie w Zachodnio-berlińskim sklepie odzieżowym Polak mógł wrócić do kraju i latami szpanować trzewikami, jakie objawiały się tylko na amerykańskich filmach. I żadnemu sąsiadowi nawet do głowy nie przychodziło, że ślina im cieknie na widok najtańszego modelu.

Do mieleckich szkół zaraz powrócę. Skończę tylko swoją – przyznaję, że dość uproszczoną – analogię. Państwo ludu oficjalnie upadło i nowe pozwoliło przedsiębiorcom zakładać własne fabryki butów, zatrudniać własnych pracowników i sprzedawać w takich cenach, za jakie klient był chętny płacić. Banda centralnych planerowców nie zakuwała już w kajdany wyznaczając sztuczne normy – na ile materiału mogła fabryka liczyć w danym roku (i tak dostawali go zawsze za mało, z wyjątkiem tych, którzy mieli znajomości w Partii) i ile par lud danego roku potrzebował. A kiedy obywatele bezczelnie zaczęli kupować więcej niż jedną parę na głowę – wprowadzono uniemożliwiające takie skandaliczne zachowanie „kartki”.

Dlaczego piszę o produkcji butów? Dlatego, że każdy produkt (buty) i każda usługa (edukacja) rządzi się tymi samymi prawami. O tym za chwilę. Teraz tylko przypomnę, że w wypranych marksistowską ekonomią PRL-owskich mózgach nie mieściło się, że nie ich wszechobecne ręce a „niewidzialna ręka” wolnego rynku mogła sytuację uzdrowić. Profesorowie ekonomii (której nadal uczy się na wielu polskich uczelniach!) straszyli, że „wolna amerykanka”, „chaos” lub „anarchia” – co oznaczało po prostu WOLNOŚĆ, doprowadziłyby do sytuacji, w której owszem, sklepowe półki zapełniłyby się towarami, ale byłby to towar za drogi (wiecie, wyzysk bezdusznych kapitalistów). Naród wolny skazany byłby więc na chodzenie po śniegu boso.

Zapytani, dlaczego na filmach amerykańskich nikt nie chodzi boso, tłumaczyli pewnie, że to takie efekty specjalne Hollywoodu. Wilk nie może być syty a owca cała – przekonywali. Dlatego klasa robotnicza musi się trzymać razem bo kapitaliści to nasz wróg. Nikomu do głowy nie przychodziło, że jest dokładnie odwrotnie – dla robotnika drugi robotnik jest – może nie wrogiem, ale konkurencją, a najlepszym przyjacielem jest właśnie przedsiębiorca, który daje mu wypłatę. Tym pseudo-ekonomistom wydawało się, że bez ich tabelek, liczydełek, zakazów i radiowo-telewizyjnej kampanii potępiającej „spekulantów” (tak nazywali ludzi zaradnych), właściciele fabryk wyrzuciliby klasę robotniczą na bruk, a na półkach sklepowych pojawiałyby się takie lakierki, kozaki czy trampki, na które przeciętnego Polaka nie byłoby stać (czyli nikogo, bo – oprócz tych „spekulantów” wszyscy byli finansowo przeciętni).

A tym czasem po tzw. Ustawie Wilczka (jeszcze za PRL-u!) buty przeróżnych fasonów pojawiły się nagle nie tylko w sklepach obuwniczych ale wysypywały się jak manna z nieba na prawie każdy róg ulicy (tak było przynajmniej w Łodzi, gdzie się wychowałem). Bez specjalnych wzorów matematycznych „niewidzialna ręka” rynku zrzuciła na nasz naród tyle butów i w takich cenach, że tłumy zaradnych handlarzy (czyli podłych „spekulantów”) zaczęły nimi upychać ściany w pociągach do Berlina i w ten sposób przemycone trafiały na stopy Niemców. Tak robił na przykład mój kolega – Kuba, który raz w miesiącu z bratem – Danielem – dorabiali się (w moich oczach – majątku!) krzycząc na niemieckich targowiskach do szprechających klientów: „Łykać nie trykać!”.

Obecnie jedyny problem łódzkiego czy mieleckiego Kowalskiego związany z butami polega na wyborze jednego z wielu sklepów obuwniczych, w którym może zafundować żonie kolejną parę (bez której oczywiście życie nie miałoby sensu). Gdyby jeszcze ogromną porcję ceny takiej pary nie stanowiły podatki – wszyscy chodzilibyśmy w Martensach, napompowanych powietrzem i elektroniką Nike’ach, i innych bajerach, a niezdrowe wyroby ze sztucznej skóry odeszłyby do historii.

Kryzys obuwniczy został przez polityków zażegnany przez nie wtrącanie się w prywatny biznes związany z produkcją i sprzedażą butów (piszę o sytuacji z końca lat 80tych i początku 90tych – od tamtej pory socjalizm stopniowo się odradza). Ktoś może powiedzieć, że wykształcenie to sprawa o wiele bardziej wzniosła od butów. Tak, ale rządzi się tymi samymi prawami. Tak samo jak właściciel fabryki butów motywowany jak największymi zyskami tworzy produkt wygodny, ładny i możliwie jak najtańszy, tak samo właściciel prywatnej szkoły – motywowany zyskiem – tworzyłby szkołę, która w jak najprzyjemniejszy sposób przygotowywałaby dzieci do zdobywania życiowych sukcesów.

A tymczasem polska szkoła nadal sterowana jest systemem centralnego planowania. Dyrektorom szkół nie jest łatwo zwolnić nawet najgorszego nauczyciela. A nauczyciel nie może nauczać tego, co chce, bo musi się trzymać programu nie stworzonego przez siebie lub ewentualnie – pracodawcę, czyli właściciela szkoły i dobrowolnie przyjętego przez rodziców, ale narzuconego przez polityków. Dlatego właśnie większość polskich dzieci lubi chodzić w butach, ale nie lubi chodzić do szkoły. Potencjalnemu geniuszowi muzycznemu nauczyciel – chcąc czy nie chcąc – musi wybijać z głowy muzyczną pasję zmuszając go do poświęcania większości czasu i wysiłków na nauce znienawidzonej matematyki czy chemii. Bierzemy udział w szaleńczym wyrównywaniu i upłytnianiu wszystkiego i wszystkich – łącznie z mózgami i emocjami naszych dzieci. Każdy uczeń ma być przeciętny w każdym przedmiocie.

Na ostatniej wywiadówce wychowawczyni mojego pierwszaka miała przyjemność ogłosić, że poziom wszystkich dzieci w klasie jest równy – nie ma ani geniuszy ani nikt nie pozostaje w tyle. Proszę wybaczyć, ale nie zaklaskałem z tego powodu, bo wolałbym usłyszeć, że np. jest pewien uczeń, który jest zdolniejszy od mojego dziecka z nadzieją, że może kiedyś ten właśnie uczeń stworzy wreszcie lek, który wyleczy dziecko znajomych z astmy. Intencje pani wychowawczyni są jak najlepsze (zresztą jest jedną z najbardziej lubianych nauczycielek zarówno przez dzieci jak i rodziców), ale jej ręce są skute kajdanami państwowego sytemu edukacyjnego mającego gdzieś przyszłych geniuszy czy niewyśnione jeszcze wynalazki, które mogłyby usprawnić życie na naszej planecie. Celem tego systemu jest przeciętniactwo. W oczach dzieci średnio uzdolnionych dziecko nieprzeciętnie zdolne jest obraźliwe, poniżające.

Nic więc dziwnego, że polskiej młodzieży trudno po wyjściu ze szkolnych koszar odnaleźć się na rynku pracy i osiągnąć sukces finansowy, a kiedy szef zagranicznej firmy zaczyna głupio wydziwiać oczekując od pracownika kreatywności i nowych pomysłów na usprawnienia, szczęki opadają. Gdyby pracodawca zażądał analizy poglądów Wokulskiego na temat Paryża to co innego, ale kto do cholery może wiedzieć jak zwiększyć wydajność czy zmniejszyć ilość usterek w produkcji? Na maturze tego nie było!

Chętnie jednak politycy ogłaszają, że w rankingach najlepszych systemów edukacyjnych nasz wspaniały kraj zajmuje całkiem nieostatnie miejsce. Ciekawy jestem kto wybiera kryteria do tych rankingów. Na pewno nie ktoś, kogo obchodzi realna edukacja dzieci – przygotowująca do życia i zwiększająca prawdopodobieństwo osiągnięcia przez nich sukcesu.

Skoro wolność sprzyja produkcji nie tylko butów, ale również garniturów, pierścionków, rękawiczek, klamek, drzwi, książek, okularów, zegarków, komputerów, samochodów, helikopterów, samolotów, kutrów rybackich, kontenerowców i tankowców, a także jakości usług, np. budowy domów, programowania czy naprawy komputerów, nauki gry na gitarze, skrzypcach, cytrze, harfie i klawesynie, nauki masażu, gry w piłkę nożną, koszykówkę, brydża, szachy czy podwodnego hokeja, a także pisania powieści, budowy robotów, programowania komputerów, prowadzenia firmy…, skoro w wielu miejscach na świecie prywatne szkoły świetnie szkolą przyszłych matematyków, psychologów, historyków, inżynierów jądrowych i pozagalaktycznych astronomów, to dlaczego nie miałyby sprzyjać edukacji dzieci?

Skoro w im większym spokoju pozostawiają nas politycy i lewicowi „ekonomiści” w tym zdrowszych, wygodniejszych i ładniejszych chodzimy butach, to jakim cudem bliskość tych wszystkich odgórnych „ekspertów” może nasze dzieci lepiej nauczyć podstaw gramatyki, literatury, matematyki czy fizyki a przede wszystkim dać im taką wiedzę, która podwyższy im poziom życia?

Parę lat temu zadałem w mieleckim SCK podobne pytanie Leszkowi Millerowi. Nie dokładnie, bo rozmowa dotyczyła nie edukacji a państwowej służby zdrowia, a zamiast produkcji butów użyłem wtedy analogii do produkcji samochodów. Były premier przyznał, że zaznajomiony jest z publikacjami promujących wolny rynek ekonomistów takich jak Friedrich Hayek, urodzony w polskim Lwowie Ludwig von Mises, czy laureat nagrody nobla Milton Friedman (zrozumiałem wreszcie dlaczego ten – jak by nie było – post komunista był jednym z dwóch polskich premierów, który obniżył podatki). Zanim się zbyt głęboko wkopał w wychwalanie tych wrogów socjalizmu, przypomniał sobie chyba, że na sali siedzi więcej wyznawców marksizmu niż wolnościowców (a był to jeden z tych magicznych okresów przedwyborczych, w których politycy próbują mówić ludzkim głosem).

Szybko więc dodał coś w rodzaju „ale służba zdrowia to nie samochody”. Tym razem mój magiczny talent czytania ludziom w myślach zawiódł. Nie mogłem zrozumieć, co miał na myśli tym stwierdzeniem. Być może to, że gdyby posiadanie samochodu było tak samo niezbędne dla utrzymania ludzi przy życiu jak dostęp do lekarza, to władcy PRL-u (czyli byli koledzy pana Millera) wyssaliby jakoś ze swoich grubych paluchów po samochodzie dla każdego obywatela. Tym czasem realia są nieco inne. To właśnie upadek Polski Ludowej zwiększył ilość i jakość jeżdżących po zbudowanych przez komunistów dziurach otoczonych kawałkami asfaltu samochodów.

Wracam do ostatniego zamieszania związanego z reformą szkolnictwa. Sytuacja nie była i nie jest łatwa. Stąd moje szczere współczucie dla dyrektorów szkół. Szczególnie tych, którzy rozumieją, że powodem istnienia szkoły nie jest zapewnienie wygodnej pracy nauczycielom, lecz dobrego wykształcenia uczniom.

Nie wszyscy to rozumieją. Wiem, bo uczestniczyłem kiedyś w obchodach rocznicy powstania jednej z mieleckich szkół. Godzinami dyrekcja i nauczyciele wspominali dawne budynki i byłych nauczycieli a następnie zachwycali się nowymi budynkami i nowymi nauczycielami. Chwilami ich zachwyt sięgał nawet budynków jeszcze nie wybudowanych. Ale ani słowa nikt nie wspomniał o żadnym uczniu. A to mnie najbardziej interesowało. Gdyby któryś z absolwentów zatrudniał teraz trzy tysiące mielczan, projektował warszawskie biurowce, publikował bestsellery, prowadził badania archeologiczne w Egipcie, odnajdywał rośliny leczące raka, czy odkrywał nowe komety to dobrze by to o szkole świadczyło i byłoby co świętować. Zamiast tego kolejna łezka na wspomnienie dawnej polonistki, sroga była – to fakt! – umiała nawet przylać linijką po ręku wiercącego się smarkacza, ale jak dobrze uczyła… (skrzypce w tle).

Praca dyrektora szkoły publicznej wychodzącego z założenia, że szkoły budowane są dla nauczycieli jest łatwiejsza. Nie przeszkadzają mu nauczyciele oglądający podczas lekcji filmy na YouTube, palący w szatni papierosy, łamiący prawa ucznia czy zwracającego się do uczniów w sposób poniżający. Najważniejsze, żeby dotrwali do emerytury a dzieciarnia to jakoś przeżyje. I może zapomni.

Dobrych nauczycieli w Mielcu nie brakuje. Moje dzieci miały to szczęście, że uczyło je wielu dobrych pedagogów. Dobrych dyrektorów też. Dobry dyrektor szkoły państwowej musi jednak przeżywać trudne dylematy. Chce zapewnić uczniom jak najlepsze warunki do nauki i wysokiej jakości wykształcenie, ale przepisy nie pozwolą mu na przykład zwolnić złego nauczyciela. Postawcie się w jego sytuacji. Macie czterdziestu uczniów klasy trzeciej do których trzeba w następnym roku szkolnym przydzielić wychowawczynię. Kandydatki są dwie: jedna ciesząca się u uczniów i rodziców dużym uznaniem za jej wysokie kwalifikacje i pedagogiczne podejście do ucznia i drugą – no wiecie, taki typ osoby, która owszem, mogłaby znaleźć pracę w dobrym sklepie, pod warunkiem, że obieca nigdy nie wyciągać nosa z zaplecza by przypadkiem nie obraziła swoją osobowością któregoś z klientów.

Co byście zrobili w takiej sytuacji? Którą dwudziestkę niewinnych uczniów skazalibyście na cztery lata z jędzą, a którym przydzielilibyście dobrą wychowawczynię? Na jakich kryteriach opieralibyście taką decyzję? Wzrost uczniów? Średnią klasową? Ilość dziewczynek w klasie? Ilość wizyt w gabinecie rozgoryczonych rodziców oraz natężenie ich gniewu? Nie przydzielenie złej pani ani jednego dziecka wydaje się jedynym właściwym rozwiązaniem, ale takiej opcji nie ma. Nawet z najlepszymi intencjami taki dyrektor zadowoli jednych rodziców ale nie zbawi od rozczarowania drugich.

A mogłoby być inaczej. Naprawdę! Tak jak „niewidzialna ręka” wolnego rynku potrafi zapewnić każdemu uczciwemu i pracowitemu człowiekowi i pracę i buty i dwa samochody, a nawet – jeśli trzeba to czysty szpital z przemiłą pielęgniarką i niewięziennym posiłkiem, tak samo uwolnienie szkolnictwa z rąk polityków nie tylko zapewniłoby dobrze płatną pracę dobrym (nie złym!) nauczycielom, z wykrzywionych pleców dzieci zdjęłoby ciężkie plecaki, uwolniłoby je od Niepotrzebnego stresu związanego z wkuwaniem faktów nieinteresujących i niepotrzebnych, a każdemu przydzieliłoby taką metodę nauczania, która dla jego osobowości i zainteresowań byłaby najbardziej optymalna. A rodzicom taka sytuacja dałaby swobodę wyboru tej szkoły lub takiej klasy, która najlepiej przygotowałaby ich dzieci do dorosłego życia. To nie musi być marzenie. Przypominam, że jeszcze niedawno zachodnioberliński sklep obuwniczy w centrum Mielca mógł się przyśnić tylko dobrym ekonomistom.

Dlaczego to piszę? Bo życzę naszym dzieciom i przyszłym wnukom, byśmy nie tracili wiary w prawdziwą wolność i nadziei na ustanowienie dobrego systemu edukacji. Życzę im, by tak jak naszych rodziców nie udało się przekonać, że nie ma lepszego systemu od socjalizmu tak ich rodziców nikt nie przekona, że bez kontroli polityków staniemy się narodem nieokrzesanych chamów i debili. A my – rodzice – walczmy o dobro naszych dzieci, jednocześnie z wyrozumiałością dla dyrektorów, którzy w niektórych kwestiach mają związane ręce. Wszystkim dzieciom dobrego nauczyciela przydzielić się nie da. Zresztą składanie niewinnych dzieci w ofierze przez fałszywych kapłanów praktykowano w wielu kulturach świata. Wprawdzie te cywilizacje dawno już upadły, ale nam może się jakoś jednak uda.

(Felieton ten dedykuję koledze Tarzanowi – za to, że rozumie ekonomię lepiej od wielu nauczycieli przedsiębiorczości i historię od nie jednego nauczyciela historii, i za to, że kiedy był jeszcze uczniem liceum, pod koniec wakacji powiedział: „Już za parę dni nie będę miał czasu na czytanie ciekawych książek.”)

Greg Pawlik 

facetzmielca.org

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Slider
Slider
Slider