W Cieniu Jupiterów Mielec
Image default
Felietony Informacje

Wyklęci i zapomniani czy powszechna ściema? [FELIETON]

Znowu wracam do tematu, który mnie wciągnął – do tematu mieleckiej historii i jej oceny. To niby nie moja rola, tylko mieleckich historyków, którzy mają i wiedzę, i źródła, i powinność, by takimi sprawami się zajmować. I może się zajmowali, ale ja o tym nie wiem.
A nie mogę znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Nowa władza ma nowych bohaterów. To żołnierze wyklęci. Cześć ich pamięci. Zapominani celowo przez lata doczekali się naszej pamięci i docenienia.

Ale historia ma to do siebie, że nie jest w niej jak w matematyce. Jak jeden mówi dwa i drugi mówi dwa, to prawie nigdy razem nie jest cztery.
Bo ile ludzi, tyle opinii o minionym czasie i jego ludziach.

Bo nigdy prawie nie wiadomo, dlaczego jednych uważa się za bardziej dzielnych, bardziej patriotycznych, bardziej zaangażowanych i większych bohaterów od innych. To najczęściej kwestia i indywidualnej oceny, i bieżących tendencji politycznych, i nawet znajomości.

Do niedawna jeszcze to Rosjanie wyzwolili Mielec i w każdą rocznicę składano im kwiaty w rocznicę tego zdarzenia. Sam przeciwko temu protestowałem. Bo jakie to wyzwolenie, a i jakie walki? Co do „wyzwolenia” to można dyskutować. Ale jeśli chodzi o walki o Mielec to nie jest już tak jednoznaczne. Bo chociażby przez 3 dni trwały walki w Przyłęku o szosę Mielec Kolbuszowa. Były to walki o Mielec, czy nie.

Ale i o tym nie chcę dyskutować. Przytoczę krótką notkę z historii Mielca. Nie dawała mi ona spokoju od dawna. Podaję za Wikipedią,.
„Mielec spod okupacji niemieckiej wyzwolony został 6 sierpnia 1944 r. przez wojska 1 Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej z pomocą oddziałów Armii Krajowej dowodzonych przez K. Łubieńskiego”.

Jak pisze Andrzej Krępa:
W ramach akcji „Burza” w krytycznych dniach wkraczania wojsk sowieckich do Mielca sporą rolę odegrała mielecka Armia Krajowa. W dniach 28 lipca – 6 sierpnia w ramach tej akcji stoczono wiele potyczek z cofającymi się wojskami niemieckimi. Niemal symbolicznego znaczenia nabiera fakt, że grupa AK „Hejnał” po opuszczeniu przez Niemców fabryki samolotów, objęła w nich straż zabezpieczając pozostawiony majątek.

Zacząłem się zastanawiać, dlaczego dzisiaj mówi się o oddziałach Lisa, Rusina, o Jędrusiach, a praktycznie nie wspomina się o Armii Krajowej i jej roli w oswobodzeniu Mielca. Była najbardziej znaczącą organizacją zbrojną w okupowanej Polsce czy nie była?

Znalazłem opracowanie Andrzeja Wojciechowskiego zatytułowane „Podokręg Armii Krajowej Rzeszów kryptonim: „Woda”„ Ogniwo” „Rezeda”
Dowiedziałem się z niego, że Podokręg rzeszowski AK dysponował ok. 43.400 zaprzysiężonymi żołnierzami AK. Do akcji „Burza” (z uwagi na ograniczoną ilość uzbrojenia – jak podano) wystawił ok. 6.600 żołnierzy

Obwód AK Mielec dysponował 2.800 żołnierzami i odtwarzał I batalion 3 pp AK,
dowodzony przez rtm. Konstantego Łubieńskiego „Marcina”. Do akcji Burza wystawił łącznie 240 osób. W tym w oddziale „Hejnał” dowodzonym przez por. Piotra Pazdro „Rolnika” było 150 żołnierzy i miał on w swoim składzie trzydziestoosobowy pluton partyzancki Wojciecha Lisa.

Jak to się stało, że przestało się mówić o tych żołnierzach? Dlatego, że zbyt szybko złożyli broń przed Ruskimi? Ale przez to żyją. A może dlatego, że żyją?
Czy pamiętamy tylko o tych, którzy zginęli lub kryli się jak Rusin po lasach przez 9 lat do 1956 roku. (Oddział „Pobudka” I batalionu 3pp AK, którym dowodził por. Władysław Kwarciany „Świerszcz”, liczył łącznie 28 żołnierzy i miał w swoim składzie grupę Aleksandra Rusina „Rusola”.)

Kto to był i co się działo później z dowódcą Hejnału, Pazdrą? Czy zasłużył na pamięć, na pomnik na Górce Cyranowskiej rtm. A Łubieński?

Nie nawalczyli się wiele, jak zresztą i cała rzeszowska Armia Krajowa. Nie mam o to do nich pretensji. Tak się złożyło. Weszli Ruscy i było pozamiatane. Tylko nie wszyscy chcieli to dostrzec, nie wszyscy się z tym godzili. Czy za to ich bardziej cenimy? Za to zasłużyli bardziej na pamięć? Za to że zginęli, a tamci może przeżyli?

Dziwna to była ta wojna partyzancka Armii Krajowej na Pokarpaciu. Dziesiątki tysięcy żołnierzy, a jak przyszło co do czego, to została maleńka ilość, która na dodatek i tak niczego nie była w stanie tu zrobić istotnego.
Jakieś niedobitki Wermachtu, jakiś posterunek z dala od większych skupisk, jacyś volksdeutsche. Jedna akcja odbicia więźniów, największa – jak się okazuje – w Polsce, była głównie dziełem Jędrusiów, których nieco wcześniej dowódco Okręgu AK w Krakowie uznało za bandę rabunkową.

Zresztą na przełomie 1943/44 także inspektorat mielecki AK został poddany specjalnej kontroli ze strony komendy Okręgu AK Kraków. Ze względu na zakres nadużyć, które ujawniono podczas zarządzonej przez komendę Okręgu Kraków inspekcji i śledztwa, doszło do skazania kilku oficerów AK z Obwodu Mielec na karę śmierci. Ciekawe, prawda? Jakie to nadużycia? Historycy o tym milczą.

Z opracowania dowiedziałem się, „że w sierpniu 1942 inspektor rzeszowski AK zaproponował przygotowanie sztandaru bojowego dla Inspektoratu AK Rzeszów. Ogłoszono konkurs na projekt, zwycięzcą został pchor. Zdzisław Krygowski „Wigor”. Sztandar został wykonany, a jesienią 1943 poświęcony przez ks. Ludwika Niemczyckiego „Pasterz” w podrzeszowskiej Drabiniance. Była to bezprecedensowa inicjatywa w dziejach całej Armii Krajowej.”

A dzisiaj kolejne organizacje poakowskie święcą nowe sztandary. Oczywiście z napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna”, jakiego wtedy być na sztandarach nie mogło.. Tworzy się legenda. Tworzą się mity. Rośnie liczba weteranów. Powiewają sztandary na wciąż nowych uroczystościach ku czci. Buduje się pomniki. W miejsce tych, które rozwaliliśmy. Powstaje nowa religia.
Słusznie – niesłusznie, nie mnie rozsądzać. Stwierdzam tylko fakty.

Naród potrzebuje bohaterów. Na tym buduje swoją tożsamość.
Trzeba jednak bardzo uważać, żeby to nie byli bohaterowie, którym za chwilę ktoś coś wynajdzie. Jak Lechowi Wałęsie.

Zresztą konflikt w łonie organizacji poakowskich w Mielcu, też daje powód do ostrożności i rozwagi.
Już na początku lat 90-tych powstało u nas dwie mutacje Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, kiedy to pan Edward Fuksa, prezes ŚZZAK w Mielcu, zarzucił Aleksandrowi Rusinowi, że ten „po wojnie był on w bandzie, a nie w AK”.

Wykluczony ze związku Aleksander Rusin utworzył drugie koło, o nazwie Regionalny Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej w Dobryninie. Dopiero podjęte wewnętrzne śledztwo miało udowodnić nieprawdę twierdzeń Fuksa. Podobno to Edward Fuksa nigdy nie należał do AK i wszystkie zasługi jakie sobie przypisywał, były zasługami Aleksandra Rusina.

Także wnuk byłego t.w.SB, Romana Sójka kwestionował zasługi Aleksandra Rusina, stwierdzając …”Pan Rusin ze swoim oddziałem dopuszczał się notorycznych grabieży i kradzieży w okolicznych miejscowościach i wsiach„….

Na szczęście dla naszego mieleckiego bohatera wszystko skończyło się dobrze i niedługo będzie miał pomnik na Górce Cyranowskiej.

Przytoczone opowieści pokazują, jak to trudny temat i jak łatwo popełnić błąd. A „dobrzy ludzie” ciągle „węszą” i nic się w naszym świecie nie ukryje. A z kolei wciąż rośnie grupa weteranów. Moimi upływu czasu.

Żeby zakończyć pozytywniej, zapytam jeszcze raz – czy naprawdę nie lepiej wybudować na Górce pomnik Macierzyństwa? Bo tak naprawdę, jak już przestaniemy myśleć gorącymi głowami, to stwierdzimy, że rozwój naszej społeczności najbardziej zależy od tych, którzy się urodzą, a nie od tych, którzy zginą.

A bohaterom chwała i dziękczynienie.
W tym pomniku AK, który już wybudowaliśmy. Czy potrzebny nam drugi?

Andrzej Talarek

fot.Roman Trojnacki

Więcej na: http://felieton.blog.onet.pl/

 

20161206_143238

 

 

Zobacz też...

W Cieniu Jupiterów Mielec
Mielec: Informacje, Relacje, Wiadomości, Wydarzenia, Ogłoszenia, Nowości