Slider

Kiedyś, w czasach słusznie – dla mnie – minionych, był taki dziwoląg językowy, jak „światopogląd naukowy”. Oznaczał on – w przełożeniu na dzisiejszą mowę – ni mniej ni więcej to, że nauka potwierdziła, że czegoś takiego jak Bóg nie ma i być nie może, i tę swoją prawdę objawiła maluczkim, by w nią wierzyli.

Czyli żeby jednocześnie ukształtowali swój światopogląd na bazie objawienia tejże nauki, objawienia wynikłego z intensywnej pracy umysłowej najtęższych umysłów świata.
Podkreślano w wielką mocą i na każdym kroku, że ten, kto ma światopogląd naukowy to człowiek rozumny i światły, a cała reszta to moher, ciemnota i zabobon.

Oczywiście ten światły i – przede wszystkim – nowoczesny człowiek mógł brać te przekazywane mu prawdy jedynie na wiarę, bo sam w znakomitej większości przypadków był zbyt ciemny i nie ogarniający zawiłości nauki, by samemu wyrobić sobie jakikolwiek naukowy osąd sprawy. Czyli mógł wierzyć naukowcom, a przede wszystkim propagandystom nieistnienia Boga, na słowo.

Tak kształtowała się nowa wiara, będąca w pewnym fragmencie negacją wiary typu chrześcijaństwo.
Ale nikt nie mówił, że jest to wiara, tylko że ma się światopogląd naukowy. Bo nawet powiedzenie, że się wyznaje tenże światopogląd brzmiało zupełnie źle; i językowo, i ideologicznie.
Że najczęściej było tak, że ktoś z prozaicznych, ludzkich powodów tracił wiarę, bo np. nadmiernie lubił kobiety czy mężczyzn, i ta wiara mu bardzo przeszkadzała, i szukał usprawiedliwienia, znajdując go w naukowym – a jakże – światopoglądzie, że ani Boga, ani jego zabobonnych nakazów nie ma, to już nikt nie przyznawał.

I tak to trwało i wszyscy oczekiwali od nauki, że już ostatecznie rozprawi się z mitem Boga, bo jeszcze wciąż jakieś tam wątpliwości były. I ex catedra wywiedzie niezbity dowód, że Bóg to tylko wymysł chorego, zabobonnego umysłu.

Wspaniały dla rozwoju naukowego światopoglądu wiek XIX , kiedy trybikami i parą miano zastąpić mózg ludzki i Boga przeminął, przyszedł wiek dwudziesty, z jego kwantami, względnością wszystkiego, Heisenbergiem i boską cząstką i już się wydawało, że za moment, za chwilkę….
Zintensyfikowano poszukiwania życia w Kosmosie, zaczęto odkrywać planety, podobno zdolne do życia, zagłębiono się jeszcze bardziej w materię i co? Ano nic. Nawet teoria „Najwybitniejszego umysłu” dzisiejszej doby, że wszechświat stworzył się sam, niewiele pomogła. Jak było kiedyś daleko do udowodnienia prawdziwości „naukowego światopoglądu”, tak dzisiaj jest o wiele dalej.

Bo i Kosmos z głupich parudziesięciu miliardów galaktyk ( z których każda ma setki miliardów gwiazd) rozszerzył się do kilku (mówią, że już blisko dziesięciu) bilionów galaktyk, a materia, której konstrukcję miał opisywać zespół kwarków, okazała się być także mniej uległa wyobraźni i teraz ma się ponoć składać z miliardy mniejszych od kwarków strun. Czyli że atom ma się do elementu teorii strun, jak Słońce do kropki w zeszycie, a może mniej.

Dzisiaj co bardziej światli niewierzący przestali używać komunistycznej zbitki słownej i najzwyczajniej w świecie mówią: ja nie wierzę. że Bóg istnieje. Wolno im. Jak mi, który mówię: a ja wierzę, że Bóg istnieje. I że stworzył to wszystko, bym ja, obok paru miliardów ludzi zaistniał na chwilę na tej jednej, jedynej Ziemi.

I na koniec tak się zastanawiam, jak można wierzyć, że tenże Wszechświat stworzył się sam, a nie można uwierzyć, że Człowiek narodził się z Dziewicy, bez udziału drugiego człowieka.
To dopiero zagadka.

Andrzej Talarek

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Slider
Slider
Slider